Ikona. Grace Jones

20 kwietnia 2018, Jacek Górecki

Kulturaludzie

Jeśliby szukać przykładu prawdziwego artysty, to jest nią Grace Jones. Jej postać śmiało mogłaby być odzwierciedleniem popkultury. Jej twarzą. Muza Andy’ego Warhola i Helmuta Newtona. Ulubienica gejów. Symbol nocnego życia, Nowego Jorku i królowa muzyki disco. Futurystka, skandalistka i buntowniczka, niezwykle arogancka. Kobieta Bonda i ikona mody. Fascynująca androgynia. Wielka indywidualność XX wieku. Artystka po prostu!

Czarna Marylin Monroe

Najbliższe miesiące będą idealnym okresem do przyjrzenia się tej wybitnej postaci. Po pierwsze, pod koniec zeszłego roku, premierę miał film dokumentalny „Grace Jones: Bloodlight and Bami”, który właśnie ruszył w tournee po światowych festiwalach i przeglądach, nierzadko pokazując mocny i bulwersujący wizerunek panny Jones. Dokument zawita także do Polski. Pokazywany będzie na 15. Millennium Docs Against Gravity, który odbędzie się 11-25 maja w pięciu miastach Polski: Warszawie, Wrocławiu, Gdyni, Lublinie i Bydgoszczy. Drugim powodem jest zbliżająca się kolejna edycja czeskiego festiwalu Colours of Ostrava, gdzie Grace będzie jedną z najważniejszych gwiazd. Kto ma ograniczony budżet, niech odpuści sobie wszystkie inne muzyczne festiwale z koncertem Beyonce na czele. Nie wiadomo kiedy będzie jeszcze tak bliska okazja zobaczyć „czarną panterę” na scenie. A powiedzieć sobie trzeba, że takiego show koleżanki mogą jej pozazdrościć. Tutaj muzyka przecina się z performancem, podczas którego 70-letnia Jones pokazuje swoje ciało występując chociażby topless, albo wyśpiewując swój hit „Slave to the Rhythm” kręcąc równocześnie, nieprzerwanie hula-hop. Istny diabeł, albo jak mówi o sobie „czarna Marilyn Monroe”!

Ciężkie dzieciństwo

Ale żeby zrozumieć swój geniusz, artystka musiała przejść wiele trudności. Od dziecka zawsze była outsiderką. Możliwe, że na jej zacierający wszelkie granice wizerunek miało wpływ to, że jest jedną z bliźniąt i czworga dzieci swoich rodziców. Już wtedy musiała się wyróżniać zachowaniem, żeby nie być pominiętą. Nie było to łatwe, zważywszy na fakt, że jej ojciec, po nieudanej próbie samobójczej, odkrył w sobie powołanie i ustanowił swoją własną posługę w Kościele Apostolskim Jezusa Chrystusa. Młoda Grace mogła wówczas liczyć tylko na surowe wychowanie babki i jej nowego partnera, który, jak wyznała jako dorosła kobieta, znęcał się nad nią i jej rodzeństwem, stosował sadystyczne kary i zasady, nierzadko dopuszczając się aktów molestowania i przemocy. Nie miała łatwo także poza domem. W szkolnym raporcie napisano nawet, że jest społecznie chora! W rodzinnym Spanish Town na Jamajce, gdzie się urodziła, była wyrzutkiem, obcym nie z tego zaściankowego świata. Jak wyznawała wielokrotnie, bardzo długo zajęło jej dojście do własnego ja. Musiała opuścić rodzinny dom i miasto, żeby zrozumieć, że żyje według narzuconych przez kogoś zasad i wartości. Zdecydowała więc, że najpierw odkryje życie, a potem zdecyduje, co chce z nim robić.

Start kariery

Pierwszym istotnym przystankiem dla młodej Grace był Paryż. Kolebka życia towarzyskiego w Europie lat 70. ubiegłego wieku. Mieszkała w olbrzymim apartamencie razem z modelką Jerry Hall i młodziutką Jessicą Langę, przyszłą laureatką dwóch Oscarów. To tutaj została zrozumiana i doceniona jej androgeniczna uroda, która dla Ameryki była zbyt ostra, za bardzo brutalna. Właściwie, poza ekstrawaganckim Nowym Jorkiem do dziś tak jest. W Paryżu zaczęła się więc jej droga na szczyt, która początkowo składała się z wybiegów najważniejszych ówczesnych kreatorów mody od Yves Saint Laurenta, po Giovanni’ego Versace. Była objawieniem, które każdy magazyn modowy chciał mieć na okładce, ale ona pozowała tylko dla tych najlepszych, od francuskiego Vogue’a do Elle. Szatańskość jej urody i podważenie pojęć rasy i płci było prawdziwym wybuchem. Jej pojawienie się na wybiegach porównywano do samej Josephine Baker, która na przełomie lat 20. i 30. była w Paryżu czarnym sercem ówczesnej, paryskiej bohemy. Jeśli już Jones pozowała i stawała przed obiektywem nawet dla matki tytułów, czyli Vogue’a, to zdjęcia wykonywał wspomniany Warhol. Byli duetem w pełni się uzupełniającym, on uwielbiał malować jej portrety. Razem tworzyli prawdziwe znaczenie popkultury.

Odkrywanie siebie

Nienasycona Paryżem, który z czasem stał się dla niej nudny i mało kreatywny, przeniosła się do Nowego Jorku, by stać się jego symbolem. Wówczas Ameryka zanurzona była w erze disco, cekinów, tandety i łatwych, tanecznych melodii. Po pierwszych albumach, Grace zrozumiała, że to nie jest jej droga, jej skóra, którą szybko zrzuciła, by pokazać własne oblicze i styl śpiewania nie do podrobienia przez nikogo innego. Jej charakterystyczna mruczana mieszanka reggae rocka i new wave’u była odtrutką na disco, a jednocześnie kolejną sensacją, która dla wielu była zbyt trudna do przełknięcia. Dziś takie albumy jak „Warm Leatherette”, „Nightclubbing”, „Living my life” czy „Slave to the Rythm” zmieniły karty muzyki pop, dając jej awangardowy blask i nietuzinkowość. Większość artystów, choćby nie wiadomo jak stawało na głowie, nie dorówna myśleniem Jones. Zresztą echo jej postaci możemy znaleźć chociażby w twórczości Lady Gagi czy Rihanny.

Androgeniczna muza

Jones uwielbia się buntować i zacierać wszelkie granice, także te seksualne, bo tylko one ograniczają jej działania w sztuce. Zawsze robi to, co czuje i na co ma aktualnie ochotę. Może dlatego tak świetnie czuje się w każdej kolejnej wymyślonej przez siebie kreacji, nawet tej, kiedy śpiewała u boku samego Luciana Pavarottiego. Jak wyznała kiedyś: „Uważam, że taka jest nasza natura, by być i kobietą, i mężczyzną jednocześnie. By być i aktywnym, i pasywnym. Sądzę, że każdy mężczyzna powinien zostać chociaż raz w życiu spenetrowany, po to, by zrozumieć, jak to jest. Wysunęłam swoją własną teorię, że to pomogłoby załagodzić agresję, jaka panuje na tym świecie.” Dzięki swej twórczości stała się niepodważalną ikoną lat 80. Wówczas kreowała się na plemienną Afrykankę, ale jakby wyciągniętą z głowy wizjonera, który na jej hebanowe ciało ponakładał geometryczne figury.  Jej teledyski królujące w MTV były czymś więcej niż tylko klipami do muzyki. To raczej małe dzieła sztuki, zawsze wykonane przez najciekawszych i świeżych artystów. Muza nigdy nie przestała działać na twórców. Przekonał się też o tym sam Roman Polański, dla którego panna Jones zaśpiewała legendarne „Libertango” do filmu „Frantic”.

Temperamentna gwiazda

Ze swojego wizerunku Grace Jones uczyniła język, komentarz. Zmieniała fryzury jak rękawiczki. Kreatywna i szokująca, z miejsca stała się kolejną muzą, tym razem dla samego Jeana-Paula Goude, który był nie tylko kreatorem mody, ale i jej burzliwym kochankiem. Mówił o niej:  “Byłem zazdrosny o jej charakter, także przez wizerunek jaki z nią stworzyłem. Jest i była więcej niż prawdziwa. Stała się potężnym źródłem energii z androgenicznym seksapilem i wściekłym błyskiem w oczach”. Zresztą Jones przez całe życie opiewała w skandale i burzliwe związki i przelotne romanse, zarówno z mężczyznami jak i kobietami. Jej związek ze szwedzkim aktorem Dolph Lundgrenem to wielka tykająca i pełna namiętności bomba, która nieraz ocierała się o niebezpieczeństwo szczególnie wtedy, kiedy Lundgren machał jej przed oczami pistoletem albo przykładał nóż do gardła.

Mówili o niej, że jest Davidem Bowiem w spódnicy, a ona na to zawsze, że chce więcej, a jej wyobraźnia i marzenia są nieograniczone, dlatego czeka na moment, kiedy będzie mogła zagrać koncert w towarzystwie Bowiego i Michaela Jacksona… w kosmosie! Dziś jako 70-letnia legenda znów rusza w trasę, by zahipnotyzować tłumy. Aby się o tym przekonać, trzeba wybrać się na lipcową edycję Colours of Ostrava (18-21 lipca). Inaczej będziecie żałować, słysząc później relację od tych, co to przeżyli. To różni Grace od wielu innych artystów, że jej koncertu się nie tylko słucha czy ogląda, a właśnie przeżywa. Grace Jones nie da się opisać żadnym tekstem. Trzeba zanurzyć się w jej bogatej twórczości.