Czas jest po ich stronie. The Rolling Stones

27 lipca 2018, Katarzyna Turowicz

Kultura

Chociaż od ich debiutu minęła już ponad połowa wieku, to właśnie oni wciąż na nowo definiują pojęcie „sex, drugs & rock’n’roll”. Setki milionów egzemplarzy sprzedanych płyt, tysiące koncertów i niezaspokojony głód na więcej. Już od kilku dekad mówi się, że te toczące się kamienie nie porosną mchem. Ostatni koncert The Rolling Stones na Stadionie Narodowym w Warszawie to wszystko potwierdził.

The Rolling Stones. Ikona. Legenda. Kawał historii, która co roku dopisuje na swoich kartach nowe rozdziały. Za każdym kolejnym razem ma być lepiej, bardziej, mocniej. Poprzeczka non stop winduje w górę, a oni bez problemu sięgają po więcej. Nie odpuszczają, a – jak pokazał ostatni koncert w Warszawie – świat nie odpuści im.

Mistrzowie na żywo

„Ev’rywhere I hear the sound of marching, charging feet, boy. ‘Cause summer’s here and the time is right for fighting in the street, boy. But what can a poor boy do. Except to sing for a rock’n’roll band.” Te słowa dokładnie o godz. 20:50, zgodnie z drobiazgowo zaplanowanym „rozkładem jazdy”, rozpoczęły niedzielny wieczór w Warszawie na ostatnim przystanku trasy No Filter Tour i show, które nie ma sobie równych. „Street Fighting Man” otworzyło korowód znakomitych kompozycji Brytyjczyków z całej ich dotychczasowej kariery, które już na stałe zapisały się w kanonie muzyki rockowej. Nie zabrakło (bo nie mogło zabraknąć) chociażby „Miss You”, „Start Me Up”, „Sympathy for the Devil” czy „Jumpin’ Jack Flash”.

Przy okazji doskonałego pod każdym względem wykonania „Midnight Rambler” czy bluesowego klasyka „Just Your Fool” Mick Jagger dał popis swoich wybitnych, choć zdecydowanie za często niedocenianych, umiejętności gry na harmonijce. Wszystko działało jak miało działać również ze strony obu gitarzystów – Ronniego Wooda i Keitha Richardsa, którzy grali z niezwykłą świeżością i pasją. To samo można powiedzieć o grającym na basie Darrylu Jonesie i klawiszowcu Chucku Leavellu wspierających zespół podczas tej trasy. Puentą tego letniego warszawskiego wieczoru było „(I Can’t Get No) Satisfaction” wydłużone do pięknej, kilkunastominutowej wersji z doskonałym wyrazistym perkusyjnym zakończeniem całości przez Charliego Wattsa.

Jak leci, Warszawa?

Bezczelnie kpią z nieubłaganie upływającego czasu, który od ponad pięciu dekad wciąż niezmiennie jest po ich stronie, choć swoje istnienie zaznaczył już na ich twarzach. Werwy, energii i ogromnego zapału, z jakimi po rozbudowanej scenie porusza się przede wszystkim Mick Jagger, mogą mu pozazdrościć liczne zastępy rockowych muzyków.

I tej umiejętności pobudzania do żywiołowych reakcji wrzącej przed nim kilkudziesięciotysięcznej publiczności, która z uwagą łapczywie śledzi każdy jego krok, najmniejszy ruch. I trzeba przyznać, że również audytorium dotrzymywało mu tempa chociażby chóralnie odśpiewywanymi kolejnymi utworami z setlisty niedzielnego koncertu jak „You Can’t Always Get What You Want” czy „Paint It, Black”. Jak na znakomitego showmana przystało, Mick co jakiś czas kierował w stronę publiczności słowa w przeważającej mierze w języku polskim, jak „Jak leci, Warszawa?”. Publiczność posłusznie poddawała się woli Jaggera, a on doskonale wiedział, co ma z nią zrobić.

To nie było ich ostatnie słowo

Warszawski dwugodzinny koncert The Rolling Stones to bez wątpienia jedno z tych wydarzeń, po którym – myślę, że nie tylko moje – emocje będą krzepnąć długo. Momenty tego show najwyższej próby takie jak niezwykle poruszające wykonanie „Gimme Shelter” w duecie Micka z Sashą Allen czy gitarowy dialog między Ronniem Woodem a Keithem Richardsem w końcówce „Midnight Rambler” tworzyły prawdziwe misterium muzyki rockowej.

„Do zobaczenia wkrótce”. Ten krótki i jakże ważny komunikat wyświetlony na ogromnych panelach wyrastających zza sceny zamknął niedzielny koncert. Ciąg dalszy nastąpi – co do tego już chyba nikt nie ma wątpliwości. W końcu czas jest po ich stronie.

Poznaj historię innej “nieśmiertelnej”gwiazdy, czyli Cher!