Kultowy Leopold Tyrmand

12 października 2018, Jacek Górecki

Kulturaludzie

Postać kultowa, poniekąd niesłusznie dziś zapomniana. Człowiek, który gardził zakazami, podziałami, układami, systemem. Był wolny jak jazz, którego był pionierem w naszym kraju. Autor bestsellerowego „Złego” i innych zapisków, w których opisywał kondycję komunizmu. Miłośnik życia, także tego towarzyskiego, pierwszy hipster Warszawy – Leopold Tyrmand!

Urodził się w samym centrum Warszawy, na ulicy Bielańskiej w zasymilowanej rodzinie żydowskiej. To było 16 maja 1920 roku. Należał do pokolenia Kolumbów. Pokolenia literackiego, które urodziło się jeszcze w latach 20.,  a dla których wkraczanie w dorosłość przypadło na II wojnę światową, która mocno ich naznaczyła i ukształtowała. Prócz Tyrmanda do tego  pokolenia zaliczano m.in.: Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, Tadeusza Różewicza, Romana Brantego czy Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Jego żydowskie korzenie były mocno narażone w czasie wojny, dlatego po ukończeniu gimnazjum został wysłany przez rodziców na studia architektoniczne do Paryża na Académie des Beaux-Arts czyli do tamtejszej Akademii Sztuk Pięknych. Był rok 38. A potem przyszedł ten horror, który pochłonął w Majdanku jego ojca, matka, która przeżyła wyjechała do Izraela. Zresztą studia we Francji pomogły mu przeżyć okupację niemiecką, gdzie w czasie robót w Niemczech i Norwegii uchodził za Francuza pomimo semickiej urody.

Paryż był dla Leopolda Tyrmanda zetknięciem się z Zachodem czyli dotknięciem świata niemożliwego w ówczesnej Polsce. Takie to uczucie, które dzisiejsze młode pokolenie nie jest w stanie sobie wyobrazić i oby nigdy nie musiało tego doświadczyć. To z Francji przywiózł później do Polski jazz. W końcu zanim stał się tym Tyrmandem, autorem kanonicznej powieści „Zły” został pionierem jazzu, w kraju nad Wisłą. To był wówczas okres, kiedy ten gatunek muzyczny w Polsce Ludowej uchodził za synonim Zachodu i tamtejszego dekadenckiego życia, życia, które z czasem przesiał warszawskie ulice. W warszawskiej “Imce” zorganizował jazz klub. Jazz jako samo słowo dla wielu młodych ludzi był wielką niewiadomą. Był propagatorem jam session. Tym samym wygłaszał myśl, z którą jazz się kojarzył, którą poznał w zakamarkach Paryża. Wolność ponad podziałami, ponad klasyfikację rasową, uwolnienie myśli i celebracja życia. Życie, które dopiero z czasem celebrował jak najlepiej potrafił, uchodząc w towarzystwie warszawskich elit za jego króla. Ulubieńca kobiet, elokwentnego rozmówce, który znał się nie tylko na sztuce i jej nowych odsłonach, ale i polityce czy sporcie.

Ale powrót do kraju był dla niego na początku złym okresem, tułaczką, która zahaczała o ubóstwo trwające niemal dekadę. Pracował najpierw w „Ekspresie Wieczornym”, by chwilę później przejść do “Przekroju”, z powodzeniem wydawanego do dziś. Wyrzucono go z niego za niewłaściwe zachowanie podczas zawodów sportowych na stadionie Legii, a konkretnie zagłuszanie oklaskami sędziów, którzy faworyzowali radzieckich zawodników. Zresztą chwilę później opisał to wszystko we wspomnianym tytule prasowym, a nawet więcej pochwalił zachowanie widzów, którzy nie tylko klaskali, ale i gwizdali, krzyczeli czy rzucali butelkami na znak protestu niesprawiedliwych osądów sędziów, skandując często tak mocne hasła jak “bij Iwana za Katyń!”. On się buntował przeciw tamtemu systemowi i wszystkich możliwych podziałów. Opisał to w słynnych Dziennikach 1954, gdzie nazwał redakcję kultowego tytułu “twierdzą poczciwych cyników” którzy jak zawsze rozmiłowani są w swojej sztuce, zarabiając tym samym grube pieniądze na jakże oddanej służbie dla propagandowej polityki kraju.

Ukojenie znalazł dopiero w “Tygodniku Powszechnym”, ten okres pracy dziennikarsko-literackiej uważał na najszczęśliwsze lata swojego życia. Jak wspominał wszystko dlatego, że nie musiał brać udziału w jakimś “zbrodniczym idiotyzmie, w którym inni byli po uszy ubabrani”. Wówczas zajmował się pisaniem o sztuce, teatrze, jazzie. Nie miał też łatwo, bo przecież panowała cenzura, która z trzech napisanych recenzji puszczała mu zaledwie jedną. Ale i tak się z tego cieszył, z tej jednej, pod którą z godnością mógł się podpisać. Zresztą “godność” zawsze była dla niego najważniejsza. Coś, co dla wielu praktycznie nie istniało i nie istnieje po dziś dzień. Ta godność też nie pozwoliła mu na stałe zagościć w “Tygodniku Powszechnym”, z którego usunięto go, bo po śmierci Stalina nie chciał zamieścić jego klepsydry. Nie rzadko mawiał, że koledzy już tańczą z Brestygierową, która po latach bycia okrutną sędziną stalinowską przeszła do pracy w wydawnictwie, a “ja na szczęście nie muszę”.

“Zły” to powieść, która dziś jest niesłusznie zapomniana. To powieść o, której Witold Gombrowicz powiedział: “Jakiż sex appeal ma ta saga, na 300 procent warszawski!”. Z wiadomych względów wymazana przez polityków i ówczesnych i obecnych. To niemal epicka opowieść o brudnej Warszawie lat 50. XX wieku. Tyrmand ostro zarysował i komentował jej stan, który składał się w głównej mierze ze światka chuliganów, cwaniaków, robotników, policjantów czy handlarzy. Ukazywała obraz stolicy zanurzonej w warszawskiej gwarze, która stała jeszcze ruinach Śródmieścia, Woli, gruzach północnego Muranowa, Starym Mieście czy na Bazarze Różyckiego i innych placach, targowiskach, uliczkach, komisariatach milicji czy podejrzanych mordowniach. Musiało to wszystko znaleźć swoje konsekwencje u władz, które po czasie wydały nakaz wycofania “Złego” i innych książek autora z bibliotek miejskich, oskarżając pisarza o znieważanie miasta, w którym się urodził i wychował. Co ciekawe powrócił on na miejsce bibliotek dopiero w roku 1990.

Jak się często nie tylko w tamtym okresie zdarzało, jego głoszenie prawdy i walka z zagłuszaniem społeczeństwa spowodowała, że w 1964 roku został on zmuszony przez władze wyjechać z kraju, by ponownie zamieszkać w Paryżu. Tam współpracował m.in. z radiem “Wolna Europa” i publikował w paryskiej “Kulturze”. Pod koniec lat 60′ przeprowadził się do Nowego Jorku, gdzie zaczynał od zera. Opisał to w jednym z tekstów: „Moja sytuacja: stary, biedny, mądry, w tym zasranym mieszkaniu z robakami. A oni: Boby Dylany w limuzynach, imbecyle i idioci zarabiający miliony”. Dopiero po latach wykładał na State University of New York i Uniwersytecie Columbia. 19 marca 1985 roku podczas urlopu na Florydzie zmarł na zawał serca. Zmarł daleko od kraju, który niesamowicie kochał i chciał zmieniać na lepsze, odbudowywać w duchu wolności i bez podziałów. Ale mu tego nie umożliwiono zabierając z życia na ostatnie dwadzieścia lat krajobraz, który go ukształtował. Napisał: “wszystko co w życiu mam dostałem od Polaków”.

Oto, krótka historia Leopolda Tyrmanda, o którym dziś można powiedzieć, że był pierwszym hipsterem Warszawy. Nowoczesnym człowiekiem szukającym dalej, składającym się z wolności. Był taki jak jazz, nieograniczony, taki, którego nie dało się zamknąć w żadne ramy. Czytajmy i uczmy się życia z książek Leopolda Tyrmanda, bo warto, na szczęście Wydawnictwo MG, nam w tym pomaga regularnie od miesięcy wydając po kolei wszystkie publikacje pisarza. Nieocenionego obserwatora!