Muzyka w samochodzie – poczuj tę moc

12 grudnia 2018, Katarzyna Turowicz

Kultura

Dobra muzyka w samochodzie to jest jeden z powodów, za które kochamy podróże autem. Jest taka scena w filmie „Kim jest ta dziewczyna?” z 1987 roku, w której Nikki Finn (w tej roli Madonna) po wyjściu z więzienia wsiada do samochodu, przekręca kluczyk w stacyjce i rozpina skórzaną kurtkę. Wysypuje się spod niej kilka kaset magnetofonowych skradzionych nieco wcześniej w okolicznym sklepie muzycznym. Ta produkcja w reż. Jamesa Foley’a nie należy do najwybitniejszych dzieł światowej kinematografii, ale właśnie tych kilkanaście kadrów niesie myśl przewodnią naszego artykułu – dobra podróż nie może się obejść bez dobrej muzyki! 

#1 U2 – „Achtung Baby” (1991)

Zacznijmy od „Achtung Baby” U2. To płyta, w której irlandzka formacja po raz pierwszy tak radykalnie wymyśliła się na nowo. Dźwięk czterech ludzi ścinających drzewo Jozuego – tak Bono opisał pierwszy singiel zwiastujący ten album, „The Fly”. Te słowa odnoszą się do całkowitego zerwania ze stylem znanym chociażby z przełomowej w karierze grupy płyty „The Joshua Tree” (1987). Nowe dźwiękowe ścieżki, którymi zaczęli podążać muzycy, przecinały się z miejscami, które nietrudno zlokalizować na mapie. Punktem szczególnym, a może nawet najważniejszym w tej wędrówce, było Hansa Ton Studios w Berlinie. To tu przed laty David Bowie stworzył swoją słynną trylogią, Iggy Pop pracował nad płytą „Lust for Life”, a Depeche Mode nad albumem „Black Celebration”. W końcu tu grupa U2 rozpoczynała swój nowy rozdział.

„Achtung Baby” jest trochę jak pojemny lunapark mroku, z którego wyłania się jeden jasny imperatyw – miłość. Uczucie, za którym Irlandczycy podążają do dziś.

#2 Talking Heads – „Remain in Light” (1980)

Nieprzypadkowo tuż po „Achtung Baby” U2, pojawia się „Remain in Light” Talking Heads. Przy obu tych płytach pracował Brian Eno. Człowiek, dzięki któremu cała ta intensywna fuzja afrykańskich rytmów, funku, elementów rapu, elektronicznych i gitarowych brzmień nie zagłuszyła staranności i przejrzystości czwartej płyty studyjnej Talking Heads. Album promowały zaledwie dwa single – „Houses in Motion” i „Once in a Lifetime”. Wyśpiewane w tym ostatnim przez Davida Byrne’a pytanie You may ask yourself, How did I get here? wydaje się do dziś nie mieć właściwej odpowiedzi.

#3 Fleetwood Mac – „Tango in the Night” (1987)

W moim prywatnym rankingu to płyta na każde „teraz”, więc również do auta. Jeden z najważniejszych albumów orkiestry, która już od pół wieku nie poddaje się jednej definicji. Podobno w czasie największych kryzysów powstają dzieła najwybitniejsze. Sytuację we Fleetwood Mac z 1977 roku trudno porównać  z jakąkolwiek inną. Nagrywane przez ponad 18 miesięcy dzieło pierwotnie miało być solowym albumem Lindsey’a Buckinghama. Pracę nad tą płytą przypłacił on załamaniem nerwowym, a ostatecznie rozstaniem z grupą aż do 1997 roku. A kiedy doda się do tego m.in. problemy z uzależnieniem od narkotyków Stevie Nicks, solowe projekty Nicks czy Christine McVie, obraz staje się bardziej złożony.

Sam album zatytułowany „Tango in the Night” to majstersztyk. Sprzedał się on w ponad 15 milionach egzemplarzy na całym świecie. To płyta, na której znalazły się takie kompozycje jak „Seven Wonders”, „Everywhere”, „Little Lies” czy „Isn’t It Midnight”. Do dziś uznawana jest za drugi obok „Rumours” najlepszy album formacji. Ostatnie takie tango. Ale w jakim stylu!

#4 INXS – „Elegantly Wasted” (1997)

Materiał na dziesiątą płytę studyjną INXS powstawał… przez telefon. Trudno uznać to za normalny proces twórczy, ale to właśnie rozmowy telefoniczne między Michaelem Hutchensem a Andrew Farrissem dały początek płycie „Elegantly Wasted”. Po kilku miesiącach muzycy nagrywali już dema. Pierwszym z nich był późniejszy singiel noszący tytuł „Searching”.

„Elegantly Wasted” to też ostatnia stopklatka pięknego, niezmarnowanego życia. Intensywnego muzycznie, bogatego w zdarzenia i nonszalanckość, w której kochały się tłumy. Kres temu szaleństwu dała nagła śmierć Michaela Hutchence’a zaledwie kilka miesięcy po premierze płyty, w listopadzie 1997 roku.

#5 Liam Gallagher – „As You Were” (2017)

Miniony rok wprawił świat muzyki – szczególnie ten dobrze pamiętający czasy brit popu i MTV – w niemałą konsternację. Oto bracia Gallagher, niegdyś założyciele grupy Oasis, obecnie niestroniący od medialnych przepychanek, w odstępie zaledwie miesiąca wydali swoje solowe albumy. „As You Were” to tytuł pierwszej płyty młodszego z nich, Liama. Nie da się ukryć – albumu po prostu wyczekanego. Jest w tej płycie wieczny bunt i niezgoda,  a w fotografii z okładki albumu zadziorność, która już pewnie nigdy nie przeminie.