Notatnik kulturalny #74

13 listopada 2018, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

„Migawka” Mela Koteluk

Warner Music Poland

Nasza ocena: 4/6

Kilka lat przerwy od nagrywania do dużo. Szczególnie, że doczekaliśmy się takich czasów w muzyce, gdzie liczba nowych płyt, nowych artystów i aktualnych starych graczy jest niezliczona. I dobrze! Chociażby w ostatnich tygodniach na rodzimym poletku królują z doskonałymi albumami Dawid Podsiadło i Katarzyna Nosowska, a przecież jeszcze są nowości od XXANAXX, Kamp! czy The Dumplings. W tym wszystkim pojawia się uznana kilka lat temu za objawienie, świętująca ze swoimi dwoma albumami kolosalne sukcesy Mela Koteluk. W trzeciej odsłonie zatytułowanej „Migawka” odradza się jakby zupełnie na nowo, na przekór wszystkim, którzy czekali na kolejne przeboje.

Trzeci album Koteluk jest najbardziej wymagającym w całym jej dorobku. Jest subtelny, tajemniczy, bardzo emocjonalny, przy tym momentami pełen wirtuozerii, jak migawka dając przebłysk większym emocjom, które najlepiej odbijają się w tekstach, chwilowo bardzo gorzkich. Zdecydowanie najważniejszym momentem na płycie jest „Los hipokampa”, niesamowicie rozbudowany, nieoczywisty utwór nawiązujący do najlepszych czasów psychodelicznej alternatywy z lat 70., coś co w zeszłym roku wymalowała tak idealnie Anna Rusowicz w projekcie niXes. I dalej ma to swoją kontynuację na całym albumie. Ale chciałoby się takiej wirtuozerii więcej, z hipnotycznym głosem Koteluk to połączenie wręcz astralne! Album stworzony w hołdzie dla natury, dla istnienia, album na zatrzymanie się i skupienie przy przesłuchaniu.

„Walls” Barbra Streisand

Sony Music Entertainment

Nasza ocena: 3/6

Nie ma drugiej takiej artystki, która nieprzerwanie od początku lat 60. ubiegłego wieku zachwyca swoim nieocenionym talentem. Barbra Streisand jest jedną z tych wielkich, która sukcesy osiągnęła na wielu płaszczyznach. Niezliczona ilość albumów, z których większość dotarła do miejsca pierwszego amerykańskiej listy przebojów, jazzowe standardy, filmowe evergreeny czy popowe, ponadczasowe przeboje jak chociażby „Woman in love”. W tym wszystkim role na Broadwayu, West Endzie czy w filmowych klasykach z fabryki snów. Artystka popełniła także kilka filmów, które sama wyreżyserowała. Co ciekawe jest pierwszą kobietą w historii Złotych Globów nominowaną do kategorii reżyserskiej. A do tego inne Oscary, Złote Globy, nagrody Grammy czy nominacje do teatralnych nagród Tony Awards.

Dziś Barbra Streisand wykorzystuje swoją potęgę i po latach nagrywania coverów w postaci klasyków jazzowych czy przebojów z najbardziej znanych musicali nagrywa w pełni autorski album. Album, którym wbija kij w amerykańskie mrowisko, co może nie spodobać się prezydentowi Trumpowi. On też dostaje po głowie. I to właśnie w warstwie tekstowej jest wielka siła nowego albumu Streisand, która próbuje otrzeźwić społeczeństwo, zachęcając do myślenia, a przy tym do niegodzenia się na oszukiwanie i złe traktowanie człowieka. Ale przy tym wszystkim to album dający nadzieję, chociażby w przypadku dwóch coverów które pojawiają się na płycie m.in. „Imagine” Johna Lennona. Jedyne do czego mógłbym się doczepić to do warstwy muzycznej, która przy aktualnym tekście i wciąż doskonałym głosie Barbry wypada momentami dość nijako. Jakby na siłę próbowano stworzyć nową Adele. Ale Barbry Streisand nie da się stworzyć, ona jest jedyna w swoim rodzaju i warto jej posłuchać.

„Koniec miłości” reż. Dorota Androsz

Teatr Polski w Bydgoszczy

Nasza ocena: 4/6

To jest niezwykłe i niebezpieczne postawić aktorów tak blisko publiczności, w niemal intymnym kontakcie. W swej beznadziei, będą przelewać oni swoje frustracje i pretensje do świata i siebie nawzajem, by dojść ostatecznie do wniosku, że dalej razem się iść nie da. Stwierdzą, że dzisiaj cholernie piekielnie trudno jest zawalczyć o drugiego człowieka, że szybko się sobą nudzimy, że się nawzajem nie znamy, że siebie samych nie znamy. Bardzo łatwo przychodzi nam koniec, bo i tak wiemy, że spokojnie, za czas jakiś przyjdzie następny początek. I rację mają ci, którzy całkiem niedawno na łamach brytyjskiej prasy stwierdzili, że nieuleczaną chorobą XXI wieku jest… samotność.

O tym końcu miłości i nieumiejętności jej układania w odpowiednią całość opowiada debiutująca reżyserka, niezwykle świadoma środków, których używa – Dorota Androsz. Sięgnęła ona po tekst francuskiego dramaturga i reżysera Pascala Ramberta, zamykając w tej opowieści dwójkę znakomitych aktorów – Katarzynę Herman (w jednej z najważniejszych ról w życiu) oraz Juliusza Chrzątowskiego. Aktorzy ci prowadzą niekończące się monologi. Tym samym zrobiła coś, na co od dawna czekałem w teatrze, a czego uznane i modne nazwiska nie potrafią mi dać. Mianowicie Androsz pozwoliła aktorom grać, właściwie być na scenie postaciami, być nami, stawiając na niszczone zewsząd tak istotne słowo, tekst. Bez żadnych efekciarskich smaczków. W tym wszystkim formalnie jest bardzo świeża, przerywając z delikatnością i uczciwością granicę pomiędzy widzem a sceną. W życiu o dialog niezwykle trudno, jak się okazuje na scenie w teatrze również. Z ciekawością będę przyglądać się tej, która go przywróciła, dając po „końcu” długo-oczekiwany „początek” w teatrze. Po „Końcu miłości” jest o czym rozmawiać, przez długi czas…

„Królestwo” Szczepan Twardoch

Wydawnictwo Literackie

Nasza ocena: 5/6

Szczepan Twardoch to jeden z tych nielicznych współczesnych literatów, obok chociażby Olgi Tokarczuk, którzy swoimi nowymi publikacjami przyciągają tłumy czytelników, ale też przebijają się dalej, do kina czy teatru. Ledwo po tym jak w Teatrze Polskim w Warszawie Monika Strzępka z sukcesem przeniosła powieść autora „Król”, w ostatnich dniach w Teatrze Śląskim sięgnięto po inną jego powieść „Drach”. A przecież jeszcze jest przygotowywany przez Canal+ serial na podstawie wspominanej powieści „Król”. Doczekała się ona swojej kontynuacji, a nawet, mówiąc delikatnie, przebiła jakością poprzedni bestseller.

„Królestwo” zaczyna się w momencie, kiedy Jakub wraz z żoną zostaje zatrzymany na lotnisku przed odlotem do Palestyny. Zatrzymuje go jego największa miłość, czyli Warszawa. Ta sama, w której przed wojną królował i żył jak panisko, rozkochując w sobie nie tylko mroczne ulice tego miasta, ale i niezliczone ilości kobiet. I to właśnie po nieudanym locie trafia w ręce jednej z nich, Ryfki, właścicielki ekskluzywnego burdelu w Śródmieściu, która przyjmuje do kryjówki dawnego króla. Teraz jest on opuchnięty, zniszczony, robiący pod siebie. Razem próbują przetrwać zagładę, jaką była II wojna światowa. Zagładę, którą chcieli okiełznać, asymilując się z tymi, którym z łatwością było ich wydać i narazić na niebezpieczeństwo. Wszystko zostało tu skrupulatnie opisane, niezwykle działając na wyobraźnię. Co chwila wyłania się z mroku okrutna prawda przerażających nocy. Jest to głośny lament w jakże aktualnej sprawie!