Wszystko co najlepsze w 2018 – muzyka zagraniczna

7 grudnia 2018

Kultura

Zaczynamy zabawę i podsumowanie w kulturze w minionych dwunastu miesiącach. Na początek muzyka, ta zagraniczna, na której mocne piętno odbija rzeczywistość. Mamy tu zbiór emocji, obaw, rozczarowań i chwilowych zachwytów ubranych w najlepsze dźwięki, od punku, jazzu, rapu, po pop i elektronikę. Zaczynamy odliczankę!

#13 Mitski – Be the Cowboy

Kobiet z gitarą jest już trochę na współczesnej scenie muzycznej, jednak żadna z nich nie ma w sobie tyle świeżości co zjawiskowa Mitski. Pochodząca z Japonii artystka, z każdą płytą trzyma poziom, a kreatywność jej nie opuszcza. Jednak „Be the Cowboy” wybija się nieco na tym tle. To ciekawa propozycja łącząca bardzo emocjonalne songwriterskie granie, w którym możemy dotknąć różnych stanów kobiety, z delikatnym tanecznym pląsem, który wszystko idealnie tonuje.

#12 The 1975 – A Brief Inquiry Into Online Relationships

The 1975 pojawił się na początku dekady niepozornie, by być obecnie na samym szczycie. Na najnowszym krążku wspina się na wyżyny alternatywnego grania, gdzie w swojej furii dźwięków opowiada o przyszłości i technologii, która wyprze człowieczeństwo. W smutnym, a wręcz destrukcyjnym obrazie słychać ambientową elektronikę. Jest też audio-tune, a nawet elementy jazzu czy gospel. The 1974 dziś jest zespołem, o którym mówi się w samych superlatywach. Nawet to, że przejął pałeczkę po Coldplay czy Radiohead i jest najważniejszym bandem obecnych czasów. Tegoroczny album to potwierdza!

#11 Kali Uchis – Isolation

Kali Uchis to nasza największa nadzieja minionego roku. Młodziutka artystka jeszcze nie tak dawno próbowała sił w rodzinnej Kolumbii, gdzie przecierała szlaki alternatywnego czarnego grania, by teraz, ze swym południowym temperamentem, obudzić czarne rytmy matki Ameryki. Na debiutanckim „Isolation” robi to perfekcyjnie, mieszając wszystkie barwy tej muzyki, od r’n’b, soulu, hip-hopu czy nawet bossa-novy.

#10 The Carters – Everything is Love

Można o nich powiedzieć królowie życia. Mają wszystko, wielkie sukcesy, miliony na koncie i uznanie fanów i krytyków. Stali się już legendami za życia.  Ale jak wiadomo pomiędzy szaleńczym zakochaniem, którym się upili, znalazło się miejsce na rozczarowania i zdrady. A przecież są jeszcze dzieci państwa Carterów… To wszystko właśnie składa się na miłość, o której sile postanowili nam opowiedzieć na pierwszym wspólnym albumie. Udało się im jak zawsze, z wielką klasą!

#9 Parquet Courts – Wide Awake

Punk is not dead! A potwierdzają to chociażby chłopacy z kapeli Parquet Courts. Chociaż to w tym wypadku zupełnie inny odłam gatunku, krążący mocniej dookoła wielkiej sztuki niż nastoletniego grania. Na szóstym krążku chłopaki dokonują na sobie, ale i na słuchaczach doświadczenia, łącząc w gruncie nie pasujące do siebie światy: brudny, hałaśliwy punk i miękkie, ckliwe funkowe brzemienia rodem z dyskoteki. Efekt? Taki bunt na parkiecie nas piekielnie kręci!

#8 Jack White – Boarding House Reach

Podobnie jak Parquet Courts, tak i Jack White pochylił się w stronę funkowych brzmień z przełomu lat 70. i 80. Nowemu wcieleniu mistrza wielu zarzuca tanią podróbę Davida Bowiego, Franka Zappy, czy nawet Prince’a. I tak na tegorocznym krążku wrzuca do mocnego grania przenikające łagodniejsze gatunki; od soulowego tła, po syntezatorowe wstawki i zmodyfikowany głos. My jesteśmy zachwyceni. To istny kosmos najlepszego współczesnego rockmana!

#7 SOPHIE – Oil of Every Pearl’s Un-Insides

Jak wygląda najlepiej skrojony popowy album obecnych czasów? To taki, który potrafi porwać tłumy i zaimponować swoją nietuzinkowością i rozwiązaniami przepełnionymi bogactwem brzmień. Taki album wydała w tym roku artystka ukrywająca się pod pseudonimem SOPHIE. Transpłciowa wokalistka na swoim debiutanckim krążku zrobiła prawdziwą masakrę na współczesnym, tanecznym popie, wrzucając na krążek wszystkie dziwaczne pomysły. To jest po prostu zdrowo popieprzona płyta! Przy tym wszystkim, SOPHIE przełamuje także granice w teksach, śpiewając o mocno intymnych sprawach. Lady Gaga na coś takiego by nie wpadła! Swoją drogą poprosiła młodszą koleżankę o pomoc przy albumie planowanym na przyszły rok…

#6 MGMT – Little Dark Age

Chyba nikt nie wierzył, że MGMT nagra jeszcze coś dobrego. Jeden z ukochanych zespołów millenialsów, po świetnym debiucie popadł, mówiąc delikatnie, w marazm i nagrywał niezwykle słabe płyty. Wszystko zmieniła polityka, a idąc dalej przerażająca rzeczywistość Trumpa, która muzyków nasyciła i zainspirowała do stworzenia ścieżki dźwiękowej do tego obrazka. W efekcie powstała nie tyle jedna z najlepszych płyt roku, ale i ich najbardziej dojrzały, spójny i przemyślany album, na którym szczeniackie granie zamienione zostało na psychodeliczną podróż pełną odurzających syntezatorów. Wyborna uczta!

#5 Denzel Curry – TA1300

Chłopak z Florydy z ery millenialsów nagrywa doskonały i różnorodny, acz mroczny album, którym zaprasza słuchacza w głąb własnej psychiki. Album podzielony na trzy akty, kolejno prezentuje jego trzy odcienie: światło, szarość i ciemność. A w niej wszystko, co młodego rapera dotyka i fascynuje, od przerażającej polityki Trumpa do muzyki Gila-Scotta Herona. Między innymi za sprawą Denzela, hip hop stał się w ostatnich latach jednym z najciekawszych gatunków w muzyce.

#4 Robyn – Honey

Robyn to księżniczka skandynawskiej muzyki elektronicznej, która choć dla wielu może być dopiero odkryciem, na rynku muzycznym unosi się od dwudziestu lat. Na fantastycznym „Honey” garściami czerpie z lat 90., z takich gatunków jak new jazz, swing, disco, muzyka house, aż po przeważający synthpop. Tekstowo, jak to u artystki, pełno miłosnych uniesień i rozczarowań ciągnących nas w dół. Warto było czekać tyle lat na ten powrót!

#3 Rosalia – El mal querer

Nastała era wybicia w muzyce mniejszości. I tak, obok królujących „czarnych” brzmień, w Ameryce od parunastu miesięcy przebija się przez lata spychany na drugi plan gatunek latino. Właściwie motyw latino obecny jest już wszędzie, niekoniecznie zawsze będąc dobrej jakości. Ale w zalewie wtórnych i mało ambitnych produkcji pojawiła się niedawno nadzieja, która już za parę lat będzie legendą. „El mal querer” to album, który trudno zaszufladkować. Jest to też zresztą przyszłość muzyki, która bez ograniczania się i patrzenia w jedną stronę, czerpie z różnych gatunków. Sięga się tu do hiszpańskiej tradycji muzyki i dotyka flamenco czy nawet poszczególnych cząstek muzyki fado. Tę tradycję miesza ze współczesnością, w której przebijają się elementy r’n’b czy future soulu. Smakowite!

#2 Against All Logic – 2012-2017

Kiedy na samym początku roku ukazał się nowy album francuskiego muzyka Nicolasa Jaara, ukrywającego się obecnie pod tajemniczym projektem Against All Logic, wiadomo było już, że przebić tak doskonałe dzieło będzie trudno. Wszystko za sprawą lekkości, jakiej nadał swojej francuskiej elektronice artysta. Mamy tu disco, house, no i funk w wydaniu mało zobowiązującym, acz efektownym. Zgrabnie to wszystko układa się w całość, która buja nas tanecznymi klimatami i w tym tkwi wielka siła tego krążka. Lekkość, spójność i wielka radość z tworzenia. Przy okazji można przy tej płycie przetańczyć nadchodzącego sylwestra, będzie przez to wyjątkowy!

#1 Earl Sweatshirt – Some Rap Songs

To dopiero ewolucja, jakiej dokonał młodziutki jeszcze dwudziestoparolatek ze słonecznej Kalifornii. Kilka lat po świetnie przyjętym drugim krążku, wywrócił wszystko do góry nogami i nagrał prawdziwie artystyczne opus magnum, które trwa… niecałe 25 minut, a niemal każdy utwór nie przekracza dwóch minut. Ale Earl nie jest jednym z wielu raperów, którzy karmią nas co chwila nowym kąskiem. On, jeśli już to robi, to niezwykle przemyślanie i uczciwie. Tak jak na krążku roku, gdzie rap miesza się z jazzem i współczesną alternatywą, będącymi tłem do opowieści o własnej depresji i śmierci ojca. Dziwny, wykręcony i nieoczywisty to album, taki jak ludzka głowa. Ten album pochłania, fascynuje dojrzałością i uzależnia, podobnie jak życie.