Koncertowa jesień, koncertowe… płyty

4 października 2018, Katarzyna Turowicz

Kultura

Jesień nie zachęca do wychodzenia z domu. Szybko zapadający zmrok, przeszywający wiatr i często padające deszcze nierzadko odbierają chęci od uczestnictwa w halowych czy klubowych koncertach. Z drugiej strony to dobra okazja do nadrobienia zaległości lub sprawdzenia wcześniej nieznanych albumów koncertowych.

Kate Bush – „Before The Dawn” (2016)

„Before The Dawn” to trzypłytowy dramat rozgrywający się na scenie londyńskiego Hammersmith Apollo. W roli głównej: Kate Bush. Ujęcie pierwszego koncertowego albumu brytyjskiej artystki w ramy teatralnego słownictwa nie jest przypadkowe. Bush znana jest z łączenia sztuk wizualnych, tańca czy form teatralnych z muzyką – wystarczy sprawdzić teledyski do utworów „Running Up That Hill (A Deal With God)” czy “Wuthering Heights”. Nic więc dziwnego, że bilety na całą trasę – pierwszą od ponad 30 lat – rozeszły się w niecałe 15 minut. Kupić je musieli nawet właściciel londyńskiej hali czy Paul McCartney.

Zgodnie z wolą Bush, to, co słyszymy na płycie jest dokładnie tym, co podczas koncertów słyszeli zebrani słuchacze. Decyzją artystki zarejestrowane nagrania nie były poprawiane czy dogrywane w studiu. Autentyczne brzmienie kompozycji, które pochodzą przede wszystkim z albumów „Aerial” (2005) oraz „Hounds of Love” (1985), w naturalny sposób przenosi na jeden z foteli Apollo Hammersmith.

Sade – „Bring Me Home: Live 2011” (2012)

Jedna z najbardziej enigmatycznych artystek w świecie muzyki. Równie niechętnie jak Kate Bush udziela wywiadów i z podobną częstotliwością wydaje nowe albumy studyjne. Od premiery ostatniej płyty Sade zatytułowanej „Soldier of Love” minęło już osiem lat, ale wiele wskazuje na to, że już wkrótce przyjdzie nowe. Zanim to jednak nastąpi, warto cofnąć się do trasy „Soldier of Love Tour” i przypomnieć sobie koncertowy album, który podczas niej powstał.

„Bring Me Home: Live 2011” to przede wszystkim zapis ogromnych emocji. Od rozhisteryzowanych okrzyków publiczności otwierających album, zanim jeszcze zagrał jakikolwiek dźwięk, po pełen uczucia głos artystki. Album oferuje nam też zapis koncertu na DVD. Znakomite widowisko wyreżyserowane przez autorkę teledysków Sophie Muller, znaną ze współpracy m.in. z Annie Lennox czy Björk, porywa od pierwszych ujęć – pojawienia się muzyków zespołu brytyjsko-nigeryjskiej artystki i jej samej.

George Michael – „MTV Unplugged” (2017)

W niemałe zaskoczenie może wprawić fakt, że zarejestrowany w 1996 roku koncert George’a Michaela w formacie MTV Unplugged musiał czekać aż dwadzieścia lat na swoje wydanie. Artysta nie ukrywał, że występ w ramach tego cyklu był jego wielką muzyczną ambicją, ale też niemałym wyzwaniem. Konfrontacja tanecznych kompozycji jak „Fastlove” czy „Everything She Wants” z repertuaru Wham! z akustycznym instrumentarium w pełni pokazała artystyczny geniusz Michaela. Artysta dowiódł, że potrafi zrobić show najwyższej próby, będąc ubranym w garnitur i siedząc na stołku przed kilkusetosobową publicznością zgromadzoną w Three Mills Island w Londynie. Tamten wieczór otworzył „Freedom ‘90” – singiel, który kilka lat wcześniej rozpoczął nowy rozdział w karierze Michaela, ale o tym może innym razem.

Fleetwood Mac – „The Dance” (1997)

Fleetwood Mac powracają na trasę – niestety – tylko po Ameryce Północnej i w zmienionym składzie. Po odejściu Lindsey’a Buckinghama formację uzupełnili Mike Campbell oraz Neil Finn. Z tym większą nostalgią powracam do koncertowej płyty „The Dance” z 1997 roku – pierwszego od dekady albumu zespołu zarejestrowanego w swoim najpopularniejszym składzie. Porywające wykonanie „The Chain” to doskonałe preludium tej płyty.

Nick Cave & The Bad Seeds – „Distant Sky – Live In Copenhagen” (2018)

Stojący w niemal niekończącym się, zalanym czerwonym światłem tłumie Nick ukrywający twarz w białym ręczniku to pierwszy trailer tej płyty, zanim jeszcze pojawiła się muzyka. To też doskonała pocztówka z trasy koncertowej ostatniej płyty formacji Nick Cave & The Bad Seeds noszącej tytuł „Skeleton Tree”. Koncertów, które łączy bliskość – między zespołem a publicznością, jedność przeżyć i doświadczeń. Pierwszym i jedynym przedsmakiem tego wydawnictwa był jego utwór tytułowy. Trwająca ponad sześć minut pieśń – bo w takich kategoriach powinno się na twórczość Cave’a patrzeć – sprawia, że na premierę tej płyty czeka się jeszcze bardziej niecierpliwie.