Wszystko co najlepsze w 2018 – muzyka polska

11 grudnia 2018, Jacek Górecki

Kultura

Po przeglądzie najważniejszych albumów zagranicznych artystów, przyszła pora rozliczyć rodzime podwórko. Tutaj od lat sporo się dzieje. Muzyczni wyjadacze nagrywają kolejne świetne albumu, a młodzi debiutanci drepczą im po piętach. Jest świeżo, pomysłowo i zaskakująco. Zaczynamy odliczanie! Oto najlepsze polskie płyty 2018!

#13 Kamp! – Dare

Polska elektronika rozciągnęła się na wszelkie możliwe strony i dziś jest jednym z najlepiej obstawionych gatunków w kraju nad Wisłą. A jeszcze do niedawna mogliśmy pomarzyć o tym, co dzieje się na zachodzie w tym temacie. Cała ta bańka z marzeniami pękła, kiedy pojawił się zespół Kamp! ze swoim arcyważnym debiutem. Dziś po latach chłopaki prezentują trzeci krążek i pokazują, że potrafią łączyć mainstreamowe brzemienia z awangardowym zacięciem. To wszystko podpisują tekstem, w którym opowiadają o niezrozumieniu, tolerancji czy wymierających wartościach współczesnego świata.

#12 Król – Przewijanie na podglądzie

Błażej Król konsekwentnie od paru lat obdarowuje nas nowym materiałem. A to wcześniej w duecie z UL/KR, a to teraz solowo. Czwarty już solowy krążek zatytułowany „Przewijanie na podglądzie” jest właściwie konsekwencją obranej na początku drogi pełnej melancholii i oniryzmu. Pełno tu spokojnej melodii rodem z lat 80., która przywołuje w pamięci melancholijne obrazy. To album jak wzruszenie dojrzałego mężczyzny nad czymś minionym.

#11 Nanook of the North – Nanook of the North

W pierwszym kwartale roku niemieckiej wytwórni Denovali ukazała się jedna z najważniejszych płyt tego roku. Album tajemniczego projektu Naook Of The North. Projekt ten tworzą Stefan Wesołowski i Piotr Kaliński, czyli twórca Hatti Vatti oraz duetu Ffrancis. I tym razem chłopaki prezentują swoją wszechstronność i zabierają nas w głąb muzyki pełnej mgły i balansowania na pograniczu snu i jawy. Przygoda to niezwykle surowa, momentami swoim chłodem mrożąca krew w żyłach, świetnie wpisująca się w nurt skandynawskich brzmień. To urzekająca płyta do celebracji czasu, jak najpiękniejszy pejzaż na Islandii.

#10 Małe Miasta – Plecy pomników

Pewnie wielu poczuje rozgoryczenie, ale właśnie to Małe Miasta, naszym zdaniem, nagrali najlepszy rapowy krążek roku. I pomijając rozczarowujące albumy Taco, Quebo czy Mesa, warto zapoznać się z chłopakami, którzy mają jedną istotną przewagę, nie mają wobec siebie presji, która ich dekoncentruje. Nagrany na totalnym luzie album jest jakby odbiciem czasów pokolenia millenialsów. To epoka, w której jako pasję wymienia się oglądanie Netflixa, a bohaterowie seriali stali się naszymi codziennymi kompanami, o których prowadzimy dyskusje. W czasach tworzenia na siłę wielkich rzeczy, ten album przywraca wiarę w wolność, czystość i dobrą zabawę muzyką. Przywraca wiarę w małych bohaterów. Brawo chłopaki!

#9 Pejzaż – Ostatni dzień lata

Na „Ostatnim dniu lata” Bartosz Kruczyński idzie drogą, dzięki której rozkochał nas przy swoim poprzednim projekcie Ptaki. Tym razem zatapia nas we wspomnieniach. W oniryczno-melancholijnej elektronice, w której przebijają elementy disco czy funku, ponownie ukrywa głosy z przeszłości. Zagląda nie tylko do tytułowego filmu Konwickiego, ale także do całego bogactwa muzyki z PRL-u. To muzyka tylko z pozoru lekka czy przyjemna, mocno ocierająca się o chilloutowe granie. W rzeczywistości, podobnie jak w filmie u Konwickiego, niby nic się nie dzieje, niby tylko ta niekończąca się plaża i dwójka ludzi próbujących się porozumieć.

#8 Daniel Spaleniak – Life Somewhere Else

Jeszcze parę lat temu słabo było z naszymi męskimi songwriterami. Obecnie mamy ich niezwykle dużo, a każdy z nich nagrał w ostatnim czasie płytę wartą uwagi, by wspomnieć chociażby MajLo, Patricka the Pan, Ralpha Kamińskiego czy właśnie Daniela Spaleniaka. Na trzecim krążku „Life Is Somewhere Else” muzyk zabiera nas w podróż w mrok. To surowe, tajemnicze melodie, które stanowią bardzo emocjonującą spowiedź Daniela. Są to dźwięki pełne mgły, które barwią się jego głosem, ale także za sprawą gościnnego udziału Katarzyny Kowalczyk. Można zamknąć oczy i słuchać bez końca!

#7 Nosowska – Basta

Po zawieszeniu działalności macierzystego zespołu Hey, Katarzyna Nosowska będąc gwiazdą social-mediów wkurzyła się mówiąc delikatnie i powiedziała basta! Na nowym solowym krążku, niczym Kendrick Lamar rapuje, wyrzucając swoje żale do świata pełnego niedoskonałości, nakazów i zakazów. Muzycznie jest wyborna, serwując nam z Foxem, producentem płyty raz tłuste, raz taneczne, parkietowe dźwięki. Nosowska jest zawsze na czasie, zawsze numer jeden, niezmiennie od niemal trzech dekad!

#6 Rosalie. – Flashback

Debiut roku? A właściwie jedna z najważniejszych płyt, która pojawiła się już na początku stycznia. Rosalie. albumem “Flashback” wypełnia pustkę na rodzimym podwórku z dźwiękami soul i r’n’b. Ten obszar do tej pory kojarzył się raczej w naszym wydaniu z obciachem. W wypadku Rosalie. dostajemy genialną porcję dźwięków zakorzenionych w latach 90., spokojnych, leniwych, świeżych i bardzo bujających. A jej głos to czyste dobro!

#5 Grabek – Day One

Po świetnym początku musieliśmy czekać aż sześć lat na nową płytę Grabka. Tylko w zasadzie mamy tu do czynienia jakby z ponownym narodzeniem. To co zachwyciło nas przy pierwszych jego dwóch płytach, odchodzi w niepamięć, ustępując miejsce nowemu. I tak na „Day One” Grabek ponownie zaprasza nas w świat elektroniki, ale już z dala od tanecznych klubów, by zbliżyć się do klasyki… Ten osobisty i bardzo skrupulatnie przemyślany album jest postklasycystyczną wizją muzyki, pełną minimalizmu i mglistej atmosfery.

#4 FFrancis – Off The Grid

W tym wypadku mamy do czynienia z jednorazową przyjemnością, bowiem długo wyczekiwany album projektu Ffrancis zapewne nie doczeka się kontynuacji. A szkoda, bo „Off the Grid” to album bardzo zacny. Ona – Misia Furtak, jedna z najciekawszych, rodzimych wokalistek, na której debiutancką, solową płytę wciąż oczekujemy z utęsknieniem. On – Piotr Kaliński, odpowiadający chociażby za swój projekt Hatti Vatti. Wspólnie stworzyli niepokojące i wciągające dzieło przesiąknięte skandynawską elektroniką.

#3 Janusz Jurga – Duchy rogowca

Ta płyta jest jak narkotyk! Piekielnie uzależniająca, niebezpieczna i jakże kusząca. A nazwisko Jurga obowiązkowo trzeba zapamiętać! Chociażby dlatego, że na tym albumie tworzy on świat na bazie dwóch kontrastów poetycznych, tekstów i muzyki składającej się z różnych elementów elektroniki, w tym techno. Tego albumu najlepiej słucha się nad ranem, kiedy jeszcze o niczym innym się nie myśli. Mała wielka rzecz!

#2 The Dumplings – Raj

Na podium wielka nadzieja polskiej muzyki i jeden z najlepiej rozwijających się zespołów. Ich trzeci krążek zatytułowany „Raj” jest z jednej strony świadomą kontynuacją po electropopowej drodze, którą Justyna Święś i Kuba Karaś wyznaczyli sobie na początku kariery. Z drugiej, stanowczym i świeżym krokiem do przodu. To, co wybija The Dumplings na tle reszty masowo powstałych w owym czasie zespołów grających muzykę elektroniczną, to teksty. Świeś pisze coś na miarę poezji. Są one nieoczywiste, niepokojące. Są jak przerażający głos wewnętrzny młodego pokolenia, które nie wie, jak ma żyć. To dojrzała płyta dla odważnych, młodych ludzi.

#1 Dawid Podsiadło – Małomiasteczkowy

Tak świetnie skrojonej i wyprodukowanej popowej płyty nie było na naszym rodzimym podwórku od czasów „Grandy” Moniki Brodki. A to wszystko od Dawida Podsiadło, który po dwóch mało ciekawych albumach zaserwował nam prawdziwą bombę fantastycznych melodii. Czuć tu świeżość, bez silenia się na coś bardziej wyszukanego. I bardzo dobrze! W tej prawdzie i prostocie jest wartość. Podbijają to teksty Podsiadło, w których muzyk, jak w dzienniku, zdradza się ze stanu smutku, zakochania czy rozczarowania światem. Te marudzenie miastowego młodego człowieka bardzo mi się podoba, aż tak, że okrzyknęliśmy go polskim albumem roku!