Notatnik kulturalny #16

18 września 2017, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

„Okovi” Zola Jesus

Tori Amos, która kilka dni temu wydała swój kolejny album, ma przed sobą nowe pokolenie, które świadomie inspiruje się jej twórczością. Nierzadko przewyższają oni nie do końca udane w ostatnich latach płyty piosenkarki. Tak też jest i teraz kiedy do pojedynku staje Zola Jesus wydając płytę pełną niepokoju, nieoczywistą i niezwykle ambitną. Po prostu zimną. Nie jest to oczywiście nic zaskakującego, bowiem od czasu debiutu, a minęło już parę lat, Zola regularnie serwuje nam takie podszyte dreszczykiem emocje, które skrywa zawsze za maską. Tym razem czarną farbą, którą rozlewa na twarzy. Co się kryje pod nią na płycie Okovi? Strach, ból, portret rozdartego człowieka, który po trudnych przeżyciach postanawia się wykrzyczeć. Opowiada o lękach związanych ze śmiercią, prowadzi z nią dialog. Ale głos Jesus nie jest hałaśliwy, wręcz gotycki, pełen mistycyzmu i tajemnicy. Tworząc tym samym opowieść niezwykle trudną, wymagająca skupienia i odpowiedniego czasu. To niezwykła eklektyczna płyta, którą trzeba celebrować jak mszę.

„Powiernik królowej” reż. Stephen Fears
Film obejrzano dzięki uprzejmości Cinema City

Podchodziłem do tego filmu sceptycznie. Zarówno kino, jak i telewizja regularnie dostarczają nam kolejne historie, w których główne role odgrywają monarchowie świata, przeważnie Ci brytyjscy. Tak było i tym razem. Stephen Fears, który dekadę temu zachwycił świat Królową z Helen Mirren, postanowił jeszcze raz pojawić się na brytyjskim dworze. Na warsztat wziął wątek niezwykłej przyjaźni z ostatnich lat panowania królowej Wiktorii z indyjskim sługą. W scenariuszu pomogły mu ujawnione w 2010 roku dzienniki Abdula Karima. Opowieść jest pasjonująca, świetnie wyważoną przez scenarzystę Lee Halla, który dobrze waży proporcje odpowiednio bawiąc i wzruszając widza. Nie idzie na łatwiznę, unika patosu, wielokrotnie rozładowuje emocje czarnym, brytyjskim humorem. Oczywiście aktorski koncert należy tylko do tej jednej… królowej. Inne postaci się tu nie liczą, są nieco jednowymiarowe. Królowa jest tylko jedna. Stara, schorowana, gruba, ledwo poruszająca się Judi Dench. Stworzyła ona wielką kreację, nieoczywistą, pasjonującą widza, jakbyśmy jej historię słyszeli pierwszy raz, a przecież aktorka grała już Wiktorię w filmie dwadzieścia lat temu, otrzymując wówczas swoją pierwszą nominację do Oscara. Tym razem nie o nagrody tu chodzi, to po prostu wielka uczta, na której dania podaje sama królowa!

„Pomoc domowa” reż. Krystyna Janda
Och Teatr

Coraz trudniej nas rozbawić. Przecież panuje takie przeświadczenie, że śmiać się nie zawsze wypada, tym bardziej na widoku publicznym. Zresztą śmieszą nas tak różne rzeczy, coraz bardziej dzielące. Jeszcze trudniej jest spojrzeć w lustro i roześmiać się na swój widok. Nie wiem do końca czy tą goryczą był podszyty śmiech niezwykle żywo reagującej publiczności warszawskiego Och Teatru. Ale to, co działo się na scenie to już co innego. Krystyna Janda jak nikt inny potrafi opowiadać w teatrze o ważnych sprawach prostych językiem… tym razem językiem farsy Marca Camolettiego. Na scenie klasyczny schemat. Mamy małżeństwo, a oni swoich kochanków. Jak to wszystko ukryć? W tym pomaga tytułowa pomoc domowa. To wszystko, co dzieje się na scenie jest niezwykle zabawne i co najistotniejsze zagrane w bardzo dobrym tempie. Ale pod tym śmiechem kryje się znacznie coś więcej, niż tylko momentami slapstickowy humor. Przy użyciu tekstu Camolettiego Janda opowiada o nas, dając nadzieję, że po każdym upadku, wstrząsie i zdradzie przychodzi pojednanie. Tylko żeby do tego doszło wystarczy się jednoczyć, czy jak to żartobliwie rzuca ze sceny… po prostu warto rozmawiać.

„Ach Świecie” Maryla Rodowicz
Sony Music Entertainment

Wraz z nadejściem jesieni zaglądamy w głąb siebie, rozliczamy się, podsumowujemy “tamte lata co minęły”. Taki rachunek sumienia robi też wciąż niezwykle aktywna, zarażająca swoją energią kolejne, młode pokolenia dama polskiej piosenki – Maryla Rodowicz. Po dość sporej przerwie od nagrywania nowego materiału i dramatach rodzinnych artystka powraca. Na szczęście nie skręca w stronę, do której przyzwyczaiła nas ostatnio w swoich skocznych duetach. Maryla wraca do korzeni, jest pozbawiona ptasich piór, kusych spódniczek i głębokich dekoltów. Do ręki bierze gitarę i dokładnie tak jak pięćdziesiąt lat temu snuje balladę o życiu, przemijaniu, świecie, który dziś jest pełen chaosu. Niczym jak Bob Dylan. Niezwykle gorzka to płyta, momentami bardzo smutna, wzruszająca. Szkoda tylko, że ten rachunek sumienia nie idzie w parzę z czynami. Bo na płycie słyszymy jedno, a później w czynach na zbojkotowanym przez artystów festiwalu w Opolu drugie. Ach świecie, czasem mniej naprawdę znaczy więcej… czego dowodem jest ta bardzo dobra płyta.