Notatnik kulturalny #78

10 grudnia 2018, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

„Król Roger” reż. Mariusz Treliński

Teatr Wielki Opera Narodowa

Nasza ocena: 3/6

Karol Szymanowski jest jednym z największych polskich kompozytorów. Jego nazwisko już dawno prosiło się o swoje adekwatne do wielkości upamiętnienie. I o mały włos by się odbyło, gdyby nie odwołana na początku tego roku premiera Natalii Korczakowskiej w Teatrze Wielkim. Żeby to zrekompensować postanowiono pod jego koniec przypomnieć niegdyś zapomnianą operę mistrza. Ale za „Króla Rogera” zabrał się tym razem dla bezpieczeństwa sam dyrektor, który ów tytuł przeniósł na scenę po raz trzeci.

Sama opera z librettem Iwaszkiewicza i w odczytaniu Trelińskiego jest niezwykle aktualna. To opowieść o autorytarnym państwie, które jak w matrixie sterowane jest przez niebezpiecznego gracza, tytułowego Rogera. Będzie on zmuszony do spojrzenia w odbicie lustrzane i odpowiedzi na pytanie kim jest. Tylko że na próbie odczytania się skończyło. Dalej czuć tylko zmęczenie materiału i niemoc. I choć ogląda się to wszystko z wielkim podziwem, to dla tych, którzy zetknęli się z wcześniejszymi dokonaniami Trelińskiego, będzie to jak powtórka z rozrywki. Rozerotyzowane tańce na stołach, stroboskopowe światła, lustrzane wnętrza jako fragmenty zapożyczone z realizacji „Umarłego miasta” czy „Turandota”, i tylko tak złączone, by obowiązkową lekcję z Szymanowskiego odbębnić. Stanowczo za mało, albo właściwe za dużo pomysłów w jednym temacie.

„MTV Unplugged” Monika Brodka

KAYAX

Nasza ocena: 4/5

Czy w dzisiejszych czasach logo byłej muzycznej stacji ma jeszcze jakiekolwiek znaczenie ? Wydaje mi się, że żadne, przynajmniej jeśli chodzi o samą muzykę. W tym wypadku ustąpiła ona miejsca nabijaniu oglądalności na głupocie i pornografii. Tym większa szkoda, że ich seria MTV Unplugged była wartością nieocenioną. Zaproszony artysta dostawał czas, żeby kupić nas swoją muzyką. Warto wspomnieć chociażby tak kultowe wydania koncertów jak odcinki z Nirvaną, Alanis Morisette, Mariah Carey czy Erykah Badu. Dla tych, którzy wychowywali się i dojrzewali w latach 90. ta wartość jest najbardziej zrozumiała. Podobnie jest w przypadku dzisiejszej bohaterki serii.

Na polskie podwórko „koncerty bez prądu” zawitały już w rozkwicie upadku telewizji muzycznej, serwując nam bardzo udane odcinki z m.in. Kayah, Hey czy zespołem Kult. Wreszcie przyszła pora na młode pokolenie i długo wyczekiwaną Monikę Brodkę, artystkę, która na oglądaniu MTV się ukształtowała. To była wówczas nasza sztuka pełna buntu i sprzeciwu wobec otaczającego nas świata.

I ten bunt świetnie wpisuje się w muzyczną drogę Brodki, która z laureatki talent show, z której chciano zrobić papierowy, bezbarwny produkt stała się najważniejszym głosem swojego pokolenia, muzycznym geniuszem, który konsekwentnie idzie swoją drogą. To wszystko czuć w doskonałym koncercie z serii Unplugged, przemyślanym, precyzyjnym w doborze dźwięków i zwyczajnie magnetycznym, jak koncerty wspomnianych wyżej największych, z Nirvaną na czele. To jest zwyczajnie uczta dla ucha, z finałowym aranżem przeboju „Ten” z pierwszej płyty artystki.

„Caution” Mariah Carey

Nasza ocena: 4/6

Kiedy cofniemy się o niemal trzy dekady wstecz, do początku lat 90., to aż trudno jest uwierzyć, że Mariah Carey była kiedyś skromną, filigranową, rudowłosą dziewczyną, która rozwalała swoją skalą głosu wszelkie mury. I niepotrzebne były jej te wszystkie tandetne dziwactwa, którymi dzisiaj się okleja. Dziwactwa w postaci rozerotyzowanych teledysków, ciągłego mizdrzenia się w satynowej pościeli i dwuznacznych póz, niemal w każdym miejscu, którym się pojawia. Jest w końcu matką dwójki dzieci i dojrzałą kobietą, która dostała talent, o jakim wielu nawet nie śniło.

I tak przez ostatnie lata raczej na próżno mogliśmy szukać w jej twórczości czegoś wartościowego, a raczej tonę różowego lateksu i wtórnych piosenek. Aż tu nagle Mariah wypuszcza swój piętnasty krążek zatytułowany „Caution” i jeśli chodzi o klimaty r’n’b to rozbija konkurencję. To świetnie wyprodukowany album, utrzymany w leniwej, acz mocno elektryzującej aurze z idealnie wpisującymi się w to tekstami o miłości (świetny otwierający album numer „GTFO” ). W czasach udziwniania wszelkich gatunków, Carey udowodniła zwyczajnie klasę i przypomniała sobie i innym, że jeszcze do niedawna najważniejszy był głos, a nie goły tyłek.

Sprawdź nasze podsumowanie najlepszych zagranicznych albumów muzycznych w 2018 roku.

„The Kominsky Method” Chuck Lorre

Netflix 

Nasza ocena: 5/6

Chuck Lorre to twórca amerykańskich przebojowych sitcomów jak „Roseanne”, „Cybill”, „Teoria wielkiego Podrywu” czy „Dwóch i pół”. W czasach Netflixa i fali coraz to dziwniejszych pomysłów na seriale postanowił opowiedzieć o dwóch mocno dojrzałych mężczyznach. Żeby nie powiedzieć, że to taka męska odpowiedź na „Grace i Frankie”. Po dekadach królowania w sitcomowych produkcjach, postawił tym razem na wyrafinowane poczucie humoru. Opowieść jest pełna ciętych, inteligentnych ripost i podejścia do życia, które ma w sobie dużo pasji i luzu. Przykłądem może być scena pogrzebu żony jednego z bohaterów, na który zostaje zaproszona Drag Queen Barbry Streisand, by wystąpić przed trumną ze swoim show…

Ale „The Kominsky Method” to tak naprawdę słodko-gorzka opowieść. Główny bohater, świetnie zagrany przez Michaela Douglasa, zmaga się ze współczesnym światem, a konkretnie z Los Angeles. Jako podstarzały, zapomniany aktor, wykłada na jednej z uczelni i próbuje zrozumieć dzisiejsze podejście do zawodu. To zrozumienie świata łączy się też na innych płaszczyznach. Podobnie zresztą jak u jego najlepszego przyjaciela (wyborny Alan Arkin). W jednym z odcinków po powrocie do pracy nie może on zrozumieć czemu wszyscy w firmie komunikują się przez ekrany komputerów, a nie jak ludzie, poprzez realną rozmowę.

To wszystko miesza się z codziennymi problemami, jak choroba żony, problemy z dorosłymi dziećmi czy mało komfortowe wizyty u urologa. Jednak siłą tego wszystkiego jest narzekanie. Niemniej jest ono obecne w bardzo szlachetny sposób. To opowieść o dwójce ludzi, którzy nawet w najgorszych momentach życia odnajdują siłę by żyć. Dzieje się to tylko dlatego, że mają obok siebie ludzi, przyjaciół, wiernych kompanów. Wielu dojrzałych ludzi o tym zapomina, zamykając się na świat w samotności i beznadziei. Piękna lekcja starości.