Notatnik kulturalny #54

18 czerwca 2018, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

„Kochając Pabla, nienawidząc Escobara” reż. Fernando León de Aranoa

Kino Świat

2/6

Małżeństwo Penelope Cruz i Javiera Bardema to taki latynoski odpowiednik Brada Pitta i Angeliny Jolie. Od jakiegoś czasu para często spotyka się na planie filmowym. Nie ma co ukrywać, to świetny chwyt marketingowy, który przyciągnie do kin tłumy. W końcu chętnych na to, by zobaczyć ich gorące uczucie na ekranie jest wielu.

W tym roku w Cannes mogliśmy podziwiać aktorów w nowym obrazie Asghara Farhadiego. Jednak zanim „Wszyscy wiedzą” wejdzie do naszych kin, pojawia się zaległy obraz Fernanda León de Aranoa. Niestety film nie ma tej siły co książka Virginii Vallejo (na podstawie której powstał), kochanki Pabla i gwiazdy telewizji, która kilka lat po jej napisaniu stała się największą skandalistką w Kolumbii.

Skandalu w filmie Aranoa nie ma. Dostajemy za to do bólu poprawną, wręcz podręcznikową biografię Pablo Escobara, najpotężniejszego barona narkotykowego ubiegłego wieku, który był założycielem słynnego kartelu z Medellín i rządził całym kokainowym światem. Biznes przyniósł mu potężne bogactwo, sytuując w czołówce najzamożniejszych ludzi na świecie, z majątkiem szacowanym na 55 miliardów dolarów. To wszystko wiązało się jednak z ciągłym życiem na krawędzi i codziennym ocieraniem się o śmierć.

Pewnego dnia na jego drodze stanęła Virginia. Między tą dwójką wybucha wielka miłość. Film Aranoa warto zobaczyć jedynie dla gwiazdorskiego duetu, który wypada dość poprawnie. Zachwyca metamorfoza fizyczna Bardema, ale tylko tyle. Całość to raczej bardzo słaba kopia kina gangsterskiego, które w tym wypadku jest mocno przestarzałe i często gra na fałszywych tonach. Dla nienasyconych pozostaje książka albo netflixowy przebój „Narcos”. Ci, którzy widzieli serial i się zachwycili, będą poprawnością filmu mocno rozczarowani.

„Winny” reż. Stanisław Brejdygant

Teatr Polonia w Warszawie

3/6

Monodram to sztuka mówienia, którą uprawia już niewielu. Niewielu też potrafi to robić tak, by przykuć do siebie uwagę widza. To mówienie, niby tak oczywiste w zawodzie aktora, często zawodzi, a to dlatego, że młodzi aktorzy przyzwyczajeni są dziś do fajerwerków zarówno w formie, jak i graniu. A tu proszę, stoi aktor, przed nim zaledwie niewielki stołek i łóżko, i trzeba grać i zatrzymać dziś niecierpliwego widza. To taka spowiedź, intymna rozmowa, która w dzisiejszych czasach jest rzadkością. W warszawskim Teatrze Polonia pozwolono na taką spowiedź Stanisławowi Brejdygantowi, wybitnemu aktorowi, który debiutował w teatrze 60 lat temu. Podkreślam te daty, dlatego że wiąże się to z historią, która w wypadku Brejdyganta posiadała różne oblicza i zmieniała się niejednokrotnie na jego oczach. I pewnie też dlatego, jak nikt inny o tej historii opowiada on niezwykle szczerze i bez niepotrzebnego efekciarstwa.

Skromny, cichy, wręcz niezależny spektakl „Winny” jest zapisem wspomnień Bartka Sowińskiego,  niezwykłego więźnia, który wymusił na prokuraturze skazanie go za zabójstwo dwójki Żydów. Wyrok ma być odkupieniem winy, która na nim ciąży. Ale to nie on jest największym oskarżonym, a historia, która odgrywa tutaj najważniejszą rolę. Idąc dalej, historia i budowanie w ludziach zakłamanej świadomości, wpajanie nieprawdziwych faktów, które kształtują naszą tożsamość.

To udana i ważna lekcja historii o historii, o tym jak bardzo może ona nas naznaczyć, zmienić niemal całe życie. Brejdygant spogląda w przyszłość, by odpowiedzieć na obecnie nurtujące nas pytania. Udowadnia historią Sowińskiego, że rozlana nienawiść i zatracenie wszelkich pierwiastków ludzkości to efekt, który ciąży na nas nie od dziś. Tylko nikt z tym nic nie robi, a mleko rozlewa się coraz bardziej. Ciekawa to lekcja, tylko szkoda, że nieobowiązkowa.

Zaintrygował cię opis spektaklu? Przyczytaj nasz niedawny wywiad z tym świetnym aktorem.

„Siwy dym albo pięć cywilizowanych plemion” Ziemowit Szczerek

Wydawnictwo Czarne

5/6

Co z tą Polską? Gdzie w tym wszystkim Europa, świat? Te pytania o przyszłość powstałe w wyniku niepokojącej rzeczywistości nurtują twórców coraz częściej. Zresztą, to obecnie najlepszy materiał do ulepienia dzieła, który podejmuje też pisarz Ziemowit Szczerek, jeden z najciekawszych obecnie komentatorów współczesnej Wschodniej Europy. Mogliśmy się o tym przekonać chociażby w wydanej w zeszłym roku książce „Międzymorze”. W swojej najnowszej publikacji “Siwy dym albo pięć cywilizowanych plemion” bawi się z czytelnikiem w snucie wizji przyszłości starego kontynentu. Niczym Lem czy nawet Gombrowicz wciąga widza w futurystyczny świat, który poznajemy za sprawą polskiego dziennikarza przemierzającego skłócony wschód starego kontynentu.

Szczerek zaskakuje po raz kolejny językiem i formą, którą narzuca w nowej książce. Niektórzy mogą się doczepić, że to istna grafomania, ale tylko Ci, którzy są zbyt leniwi na zabawę czy zbyt leniwi, żeby zastanowić się nad przyszłością. Ale przy całym ciężarze wizji przyszłości, proponowana literatura to po prostu czysta zabawa, której język jest wielkim atutem. Szczerek bawi się językiem, wykręca na różne sposoby, zestawia ze słowiańskością i futuryzmem. Potrafi zarówno rozweselić czytelnika, jak i mocno przerazić czy zniesmaczyć, a nawet poirytować. Przy tym wszystkim, ostrzega przed zalewającym nas rozleniwieniem. Jest w tym wszystkim Europa w czystej postaci i jej wiele twarzy, które pisarz miał odwagę rozwalić i zbudować od nowa. Bezczelny ten Szczerek, ale trafiający w samo sedno.

„Liberation” Christina Aguilera

Sony Music Entertainment

3/6

A miało być tak pięknie… Po latach ciszy spędzonych na karierze w telewizyjnych talent-show oraz cudowaniu ze swoim wulgarnym wizerunkiem, Christina Aguilera postanowiła nagrać najlepszy album w swojej dwudziestoparoletniej karierze. Miała do tego wszelkie predyspozycje. Po pierwsze, swój zjawiskowy głos, który wciąż czekał na rozwinięcie. Po drugie. ekipę doskonałych producentów i tekściarzy, w której był m.in.: Nick Britell – nominowany do Oskara kompozytor muzyki do filmu „Moonlight”. Do tego wszystkiego, przy okazji premiery nowej płyty wymyślono nowy wizerunek. Ale tym razem porzucono wszelkie udziwnienia, tony makijażu i mocno kuse kostiumy. Chociaż w przypadku „Krysi” może wydawać się to niewiarygodne… to Aguilera postanowiła walczyć z przesadnym wizerunkiem gwiazd w mediach.

Na pierwszy ogień wypuszczono singiel „Accelerate”, czyli genialną, nieoczywistą mieszankę soulowego głosu z hip-hopowym, oldschoolowym podkładem. Potem przyszła pora na miałką pop balladę „Twice” oraz średnie „Fall In Line”. Apetyt podbito czwartą zapowiedzią, czyli świetnym „Like I Do”, które przeniosło nas do najlepszych, bujających czarnymi brzmieniami lat 90. Cały krążek Aguilery, podobnie jak wypuszczone wcześniej single, udany jest połowicznie. Raz zachwyca swoją świeżością, żeby chwilę później nużyć. Trochę się na nim pogubiono, nie do końca wiedząc, w którą stronę pójść.

Niewątpliwie Christina dojrzała i przemyślała błędy poprzednich dwóch, bardzo nieudanych krążków… Tylko chciałoby się więcej odwagi i nieoczywistości, bo tak trochę nie wiadomo, co z tym albumem zrobić. Raz dostajemy z niego rockową energię, by za moment usłyszeć tłuste brzmienia dziewczyny z sąsiedztwa, a wszystko zaczyna się od neo-soulowego, wręcz sakralnego utworu „Maria”. Dobra droga na przyszłość, na której artystka jeszcze się gubi.