Notatnik kulturalny #57

2 lipca 2018, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

„1984” reż. Barbara Wysocka

Teatr Powszechny w Warszawie

2/6

„Kiedy się dziwić przestanę…” śpiewał Czesław Niemen, kiedy i mnie to spotka, tego nie wiem. Bo zrozumieć nie mogę dlaczego Barbara Wysocka, aktorka Teatr Powszechnego i od jakiegoś czasu reżyserka dostaje jedne z najważniejszych premier stołecznych teatrów. By wspomnieć chociażby mało udaną operę „Eros i Psyche” otwierającą miniony sezon Teatru Wielkiego czy nudnawą, wręcz kłującą w oczy „Śmierć Dantona” w Teatrze Narodowym. A takich przykładów jest w ostatnich sezonach więcej. Dlatego miałem nadzieję, że dostając szansę zamknięcia sezonu na głównej scenie w macierzystym Teatrze Powszechnym, Wysocka z niej skorzysta. Ale znowu się zdziwiłem…

Na scenę wrzucono powieść George’a Orwella , która wydawać by się mogło, jest idealna na nasze czasy. Oto dystopijna opowieść o nas, ludziach, społeczeństwie, które ulega zepsuciu i poddaje się kontroli każdego kroku i myśli. Inwigilacja życia w totalitarnym świecie. Czyż nie brzmi to znajomo? Niestety wizja ta, zamiast przerażać, nuży i zdaje się nie trafiać w widza, przynajmniej we mnie. „1984″ jest niczym innym jak przedłużeniem męczącej  zabawy w teatr, która u Wysockiej składa się ciągle z tych samych środków. To już chyba piąty spektakl, a może nawet więcej, kiedy to cała dramaturgia opiera się na mającej dodawać tempa scenie obrotowej. Aktorzy na niej jak orwellowskie marionetki, mało wyróżniające się w tłumie, potykają się o życie wykonując kolejne scenki, które jak w przypadku “sceny krzyku i złości” są tylko przedłużeniem myśli chociażby ze słynnej „Klątwy” Olivera Frljicia. Szokować, krzyczeć i przerażać. Niestety to droga, na której nie tylko reżyser się cofa i aktor. Najgorzej, że i widz także. Ja się tego świata nie boję, wolę go przespać.

„Na głęboką wodę” reż. James Marsh

Best Film

3/6

Reżyser James Marsh od paru lat zmierza ścieżką na sam szczyt. Zdobył już Oscara za świetny dokument „Człowiek na linie”, szeroki rozgłos za również oscarowy obraz „Teoria wszystkiego” o genialnym naukowcu Stephenie Hawkingu i uznanie za mini-serial „Długa noc”. Przyszła więc pora wycisnąć cytrynę jeszcze bardziej i stworzyć coś na podobieństwo poprzednich filmów. Mamy więc temat łapiący widza za gardło (znów o genialnym człowieku), a w obsadzie Colin Firth i Rachel Weisz. Wystarczy, by odnieść zwycięstwo, lecz tym razem pozostaje raczej gorzki smak w ustach.

Donald Crowhurst jest wynalazcą, żeglarzem samoukiem, który postanawia wziąć udział w wyścigu dookoła świata. Oczywiście, jak możemy przypuszczać, nie ma ani doświadczenia, ani kompana. Wyrusza więc w samotny rejs, wszystko po to by się dowartościować i zdobyć uznanie ludzi, szczególnie tych najbliższych. Czeka więc go przygoda pełna emocji, igrania z życiem, co niestety staje się dość nużące dla widza. Film wygrywa tylko dzięki drugiemu tłu, na jaki schodzi miłość dwójki bohaterów. Zagrane bez fałszu, z subtelnością, rolę Firtha i Weisz to jedyny obraz zostający z nami po seansie. To już klasa sama w sobie! A może to już sukces reżysera, który w zasadzie, każdy swój film opiera na arcyciekawym bohaterze i jego genialnemu odtwórcy, zapominając o własnym języku i formie. Taki przepis na sukces, mało wyszukany.

„High as Hope” Florence and the Machine

Universal Music Polska

4/6

Kiedy w 2009 roku ukazała się pierwsza płyta Florence and the Machine „Lungs” było wiadomo, że mamy do czynienia z czymś, co jest ponad sezonowym objawieniem. Oto nagle pojawiła się wysoka, rudowłosa dziewczyna o androgenicznej urodzie, w długich, zwiewnych, kwiecistych sukniach. Na głowie koniecznie z wiankiem, we włosach wiatr, niczym anioł unosiła się nad sceną. Wszystko przez ten biały, czysty głos. To była niezwykła świeżość w popowym świecie, w którym królowały wówczas plastikowe wytwory w postaci Lady Gagi, Rihanny czy Katy Perry. Ale z czasem jej baśniowość i magia zaczęły robić się wtórne, powtarzalne, przez co nieco usypiające. Mija niemal dziesięć lat i Florence wraz z zespołem proponuje nam czwarty rozdział swych opowieści, wydaje się najbardziej dojrzały.

Na „High as Hope” Florence budzi się z baśniowego letargu i w nawiązaniu do pierwszej płyty stara się być mniej ograniczona stylistycznie. W swoim ukochanym muzycznym baroku zarówno dźwiękowo, jak i wokalnie podróżuje po kontrastujących ze sobą obszarach. Potrafi być delikatna, niemalże szepcząc, by zaraz przejść w nieco patetyczne tony prezentujące imponującą skalę swojego głosu („Big good”). Podobnie jest z muzyką, która czuły dotyk zamienia nierzadko na ostry pazur. Wydaje się być w zupełnie innym miejscu. Jakby dojrzała do tych długich sukni, nosiła je ze świadomością, a nie podążając za modą. Jest w tej płycie kojąca intymność i magia, która porywa słuchacza już od przepięknego, otwierającego „June”. To muzyka lata, zimna i ciepła zarazem, pełna smutku i radości. Życie zaśpiewane przez rudego anioła.

„Józef Brandt 1841–1915”

Muzeum Narodowe w Warszawie

5/6

Takie wydarzenia to wielkie święto i to nie tylko dla miłośników sztuki! 22 czerwca w warszawskim Muzeum Narodowym otwarta została długo oczekiwana wystawa „Józef Brandt 1841-1915″. Wszystko oczywiście jest częścią obchodów stulecia odzyskania niepodległości przez Polskę. Malarstwo Brandta wydaje się na tę okazję idealne. Wielkie, epickie, realistyczne, pełne scen rodzajowych i bitewnych. To zapis historii bohaterów i konfliktów zbrojnych, rozgrywających się w XVII wieku. Zapis historii Europy i Polski, które w tak wcale nieodległym czasie zmieniały się diametralnie.

Bogata wystawa obejmuje ponad 300 prac najważniejszego batalistycznego malarza XIX wieku. To obrazy namalowane farbami olejnymi oraz akwarelami. Na wystawę składają się też rysunki, fotografie, a także wyposażenie jego pracowni. Wszystko pochodzi z imponującej kolekcji, jaką udało się ułożyć ze zbiorów polskich i zagranicznych muzeów oraz kolekcji prywatnych. Malarstwo Brandta często porównywane jest do wieszcza Jana Matejki. Ma podobną siłę ducha narodu. Jest zapisem emocji, ruchu ludzi i koni. Nad tym wszystkim unosi się wymarły dziś heroizm, któremu towarzyszy poetyka w postaci pejzaży jako tła do rozgrywanych kart historii. Pierwsza taka okazja, którą trzeba przeżyć!

Czy na pewno nic Ci nie umknęło z nowości w kulturze? Dla pewności sprawdź nasz zeszłotygodniowy notatnik.