Notatnik kulturalny #60

23 lipca 2018, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

„ I’m All Ears” Let’s Eat Grandma

Transgressive Records

4/6

Jak to wszystko się zmienia, przemija, przestaje być modne, świeże, aktualne. Jeszcze na początku dekady dzieci muzycznych festiwali, ci bardziej roztańczeni zachwycali się zespołami z gatunku synth-pop. Miękkie brzmienia, przepełnione syntezatorami, neonami i odcieniami różu. Dziś te brzemienia przeminęły ustępując miejsca kolejnym, nowym odłamom muzyki elektronicznej. Dlatego może, ówczesna wielka nadzieja, zespół Chverches, dziś nagrywa przeciętną płytą, nie potrafiąc i na siłę próbując wpasować w dzisiejsze czasy. Na szczęście lekiem na to całe zamieszanie z “modą” jest nasze nowe odkrycie, żeński duet Let’s Eat Grandma, prosto z Wielkiej Brytanii.

Oczywiście nie jest to tegoroczny debiutant, bowiem dziewczyny mają na swoim koncie jedną, niezależną płytę sprzed dwóch lat. Jednak to za sprawą krążka “I”m All Ears” zrobiło się o nich głośno. Wszystko dlatego, że nagrały album, który wydaje się idealną receptą łączącą wszelkie mody, wpływy i style, które często przemijają. Przy tym wszystkim  dziewczyny się nie ograniczają, po prostu jak na swój wiek i z miłości do muzyki się nią bawią, poszukują, zażywają. Można to wszystko nazwać w skrócie eksperymentalny pop.

Gdyby się jednak nad nim nieco pochylić, warto zauważyć podobny nurt synth-popu co w przypadku wspomnianego Chverches. Na drugiej płycie dziewczyn jednak znacznie więcej takich podróży. Przyodziewają się niekiedy w alternatywne r’n’b, indie, gitary czy elementy avant, tzn. niekonwencjonalne środki i eksperymentowanie przy nawet wydawałoby się najbardziej prostych dźwiękach. A do tego wszystkie te chropowate żeńskie głosy. Świeże głowy pełne pomysłów.  Dla mnie przepis na udane lato!

„Rozmowy” Wojciech Młynarski

Prószyński – S-ka

5/6

„Róbmy swoje” jak napisał Wojciech Młynarski, jedna z najważniejszych postaci polskiej kultury, która ze swym bogatym dorobkiem pracy artystycznej, jest częścią historii tego burzliwie zmieniającego się kraju. I jak to w przypadku takich komentatorów, nieraz tej historii musiał się narazić, szczególnie wtedy, kiedy do jego tekstów zaglądała cenzura. Tyle że człowiek inteligentny i bystry ma na takich sposób. Może on zwyczajnie się z jednym zaprzyjaźnić i, cytując ponownie, robić swoje. Coś zmienić na polecenie jednych, ale zmienić tak, by zamknąć dziób innym, a otworzyć całej reszcie czytelników.

alt książka

Życie Wojciecha Młynarskiego, tekściarza, poety, autora niezliczonej ilości przeróżnych tekstów czy programów satyrycznych i teatralnych poznajemy w książce wydanej z okazji pierwszej rocznicy śmierci mistrza. Poznajemy dzięki licznym rozmowom, jakie w niej zostały zawarte. Dziękować możemy jego dzieciom Agacie, Paulinie i Janowi, że do tego fantastycznego wydania dopuścili i pamięci po ojcu nie zamazali. Bo dla nich to ojciec z chorobą dwubiegunową, chorobą psychiczną, który nie zapewnił im łatwego dzieciństwa. Musztrował ich w każdej rozmowie i wypowiedzi, tak by każde zdanie miało sens, było wypowiedziane poprawnie i prowadziło do puenty. Z drugiej strony to współczesny wieszcz, który opisał ostatnich kilka dekad w niekończącym się liście do Polski. Bo choć to list miłosny, pozornie zabawny, to w wielu tekstach piosenek gorzki, naznaczony cierpieniem. Taki, jakim jawi się w tej książce życie Wojtka Młynarskiego, pana Pucio Pucio.

Nie ma dziś z nami Młynarskiego, jest chaos ponownie w kraju. Może warto by sięgnąć do jego twórczości, tekstów, by na nowo zbudować zagubioną w smogu wolności świadomość. A może stanie się tak, że ktoś nowy przejmie po nim zdolność trafnego nas dotykania, przy tym budzenia z narzuconego letargu. Tylko warto na sam wpierw rozmawiać i mieć do siebie szacunek, który Młynarski odziedziczył z rąk swojej matki. Potem przyjdzie dopiero nadzieja, bo jak napisał mistrz “to jest tylko smutne miasteczko, ono sobie kiedyś pójdzie”. Zaglądajmy do jego tekstów, są nam teraz szczególnie potrzebne, może tam znajdziemy rozwiązanie. Najpierw jednak polecana książka i rozmowa z samym Młynarskim.

„Ferdydurke” reż. Magdalena Miklasz

Teatr Dramatyczny w Warszawie

3/6

Miniony sezon w warszawskim Teatrze Dramatycznym tkwił w zawieszeniu, wszystko za sprawą gruntownego remontu dwóch scen, w tym dużej w budynku Pałacu Kultury. Ten rok na scenie rozpoczął się od Gabrieli Zapolskiej, a kończy na Witoldzie Gombrowiczu. Sięganie po najlepszą  klasykę nikogo jednak nie dziwi. Lepszych komentarzy naszych polskich gęb ubabranych po uszy w dulszczyźnie nie znajdziemy. I tak chociażby w ostatnim sezonie, po warszawskich, świetnych inscenizacjach Gombrowicza “Trans-Atlantyku” oraz “Ślubu” przyszedł czas na “Ferdudurke”. Wszystko pod okiem czarodziejki teatru Magdaleny Miklasz.

Niestety przedsięwzięcie tym razem udało się połowicznie. Może dlatego, że inaczej niż w przypadku wspomnianych inscenizacji, za często przekraczano gombrowiczowską granicę na rzecz teraźniejszego języka i obrazka jak z krzykliwej bulwarówki czy reality show. Miklasz, słynąca z nietuzinkowego języka, tym razem momentami zaczęła tracić na magii. To taki materiał, który broni się sam słowem, wyciągniętym przez reżysera, wypowiedziany przez aktora. Wszelkie jego udziwnienia i ozdobniki tylko go zabijają. Nie rozumiem na przykład drugiej części spektaklu, która przesiąknięta współczesnością, próbuje wsadzić autora w teatr dosłownej pupy, a wręcz gołej dupy (i nie tylko) i destrukcji pokolenia w wersji fit i instagram. Ta przyklejona modna łatka tutaj nie pasuje. Nie na Gombrowicza metoda. Dlatego z kolei tak bardzo dobrze wybrzmiewa fantastyczna scena lekcji języka polskiego, która dosadniej nasz policzkuje, używając jedynie języka i min.

Warto wspomnieć o aktorstwie, którego poziom również jest zróżnicowany. Są tam główne, nużące postacie i wyborne epizody. Anna Gorajska to wciąż niedoceniona, piekielnie zdolna młoda aktorka, która u Miklasz prezentuje istny arsenał swoich możliwości. Potrafi być seksowna, zmysłowa, wulgarna, pełna chaosu, nieopierzona, by na koniec wręcz slapstickowa, zabawna w roli Hurleckiej. Wydaje się precyzyjnie nakładać te gęby na siebie, poruszać w nich, myśleć, obrażać nas, dotykać, trafiać w punkt. Podobnie jest zresztą z Łukaszem Wójcikiem czy Mateuszem Weberem, świetnym w swoim przerażającym finale. Aż chciałoby się więcej, więcej Gombrowicza co o nas mówi. Te inne ozdobniki, cuda znam na co dzień z ulicy zaczarować, ubrać w cudzysłów, tak by jeszcze bardziej nam wszystkim przypieprzyć .