Notatnik kulturalny #61 

7 sierpnia 2018, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

„Ostatni dzień lata” Pejzaż

Astigmatic

5/6

Ona – Irena Laskowska. On – Jan Machulski. Razem na opustoszałej plaży w przeddzień końca lata, w czarno-białym kadrze wspaniałego filmu Tadeusza Konwickiego. Tytuł “Ostatni dzień lata” projektu Pejzaż nie wziął się więc znikąd. To właśnie ten kamień milowy polskiej kinematografii odbił się na nim znacząco. Warto jeszcze dodać, że za tym albumem kryje się Bartosz Kruczyński, odpowiadający wcześniej chociażby za duet Ptaki, który wiele lat temu tak pięknie zsamplował i odświeżył utwór “Specjalne okazje” Krystyny Prońko. Tym razem to równie porywająca, nostalgiczna podróż w przeszłość.

Na “Ostatnim dniu lata” Kruczyński ponownie zatapia nas we wspomnieniach. W oniryczno-melancholijnej elektronice, w której przebijają elementy disco czy funku ponownie ukrywa głosy z przeszłości. Zagląda nie tylko do tytułowego filmu Konwickiego, ale także całego bogactwa muzyki z PRL’u. Zdradzić je teraz, byłoby grzechem, odebraniem wszystkim przyjemności. To muzyka tylko z pozoru lekka czy przyjemna, mocno ocierająca się o chilloutowe granie. W rzeczywistości, podobnie jak filmie u Konwickiego, niby nic się nie dzieje, niby tylko ta niekończąca się plaża i dwójka ludzi próbujących się porozumieć. Ta pętelka do tych czasów jakby idealnie zawiązana. Album tego lata!

„Fogg – Pieśniarz Warszawy” Młynarski-Masecki Jazz Camerata Varsoviensis

Wydawnictwo Agora

4/6

Takie albumy na lato wydają się idealne. Albumy, które przenoszą nas w wakacje marzeń, nierealne, pełne niezastąpionego bogactwa, w innym miejscu i czasie na ziemi. Mamy tym razem przedwojenną Warszawę, w pełnym swym rozkwicie. Ludzie, bez względu na zamożność, potrafili wtedy celebrować życie, a wszystko przy głosie najwybitniejszego śpiewaka tamtym czasów. Mieczysław Fogg dostaje dziś drugie życie wszystko dzięki niezastąpionemu duetowi Jan Młynarski i Marcin Masecki, którzy już na albumie “Noc w wielkim mieście” udowodnili, że mają w sobie ducha przedwojennych czasów.

Najnowsza płyta to nie tylko hołd dla Fogga, ale i dla cudownego miasta, jakim jest Warszawa. A także ukłon wobec ludzi, którzy tu żyli i żyją oraz przede wszystkim dla powstańców. Celebracja tego okresu historii, chwilowej wolności, oczywiście w cieniu wydarzeń, które tliły się za rogiem, jest mocno nostalgiczna, wzruszająca. To coś znacznie więcej niż zakurzona kartka z pamiętnika polskiej muzyki. To coś bardzo świeżego! Duetowi Młynarski/ Masecki ponownie się udało zrobić z Fogga, który niegdyś śpiewając, zjeździł cały świat, najważniejszego pieśniarza Warszawy. W nowym wydaniu, jest on wzbogacony o istne perełki. Mowa o gościach w postaci śpiewającej Agaty Kuleszy, Joanny Kulig czy Szymona Komasy. Ta płyta jest po prostu przepiękna, jak to lato, które tak jak wtedy, gdy na ulicach śpiewał Fogg, było niezwykle, piekielnie upalne…

„Zbrodnie roślin” Amy Stewart

Wydawnictwo W.A.B.

4/6

Rośliny jak ludzie, są wciąż nieodkrytą zagadką. Potrafią być zabójcze, odurzające, trujące, sprawiające ból czy niszczące. Istne bestie, mordercy! Przekonamy się o tym w arcyciekawej i niebanalnej książce o tytule “Zbrodnie roślin”. Przykładów w tej książce niezliczona ilość, m.in.: znany wielu ludziom eukaliptus, który w Oakland pochłonął dwadzieścia pięć osób i zniszczył tysiące domów. Jest też chwast, który zabił matkę Abrahama Lincolna czy przepiękny kwiat oleandru, który okazał się zabójczy dla mieszkańca Kalifornii Południowej, którego marząca o bogactwie z polisy ubezpieczeniowej żona dodała do posiłku liście tej cudnej rośliny.

Takich historii w książce Amy Stewart znajdziemy wiele, i tak naprawdę, w tym tkwi jej wielka siła. „Zbrodnie roślin” posiadają wiele płaszczyzn odbioru. Są najlepszą książką naukową na lato, napisaną lekko i zabawnie, ale wciąż zachowują konkret. Czyta się to jak mini opowiadania, a całość czasem nawet zahacza o małe formy kryminalne. Jakby w nasze ręce dostała się najrzetelniej stworzona prasa, gdzie czyhają na nas co chwila rubryki, uczące nas czegoś nowego, bawiące i przerażające. Książka kosmiczna i odurzająca niczym kolumnowy kaktus San Pedro.

„McQueen” reż. Ian Bonhôte i Peter Ettedgui

Gutek Film

4/6

Jak ocalić wspomnienie od zapomnienia? Tym większa to sztuka, jeśli zabieramy się za portrety znanych nam dobrze ze świata mediów osób. Jeszcze gorzej, jeśli dotykamy bogów w swych dziedzinach, legend, prekursorów, prawdziwych artystów. Takie problemy mieli też reżyserzy filmu „McQueen”. Tylko że problem polegał nie na ich wizji, która gubiła się pośród faktów na temat życia projektanta, ale tkwił w rodzinie i najbliższych, którzy chcieli ubarwić to wspomnienie, opowiedzieć je językiem fikcji. Stąd też, m.in. ponad roczne utrudnienia z ich strony, aby reżyserzy nie mieli dostępu do mocno prywatnych i archiwalnych nagrań wielkiego geniusza mody.

Ostatecznie się zgodzili i swą prawdę o projektancie wyznali. Wszystko to na przemian z materiałami z pokazów. Jego najlepsze widowiska, których był niezaprzeczalnym mistrzem. To były filmowe show z najważniejszymi modelkami świata, od Kate Moss po Naomi Campbell. Za tym geniuszem kryła się gorzka prawda o życiu, niemocy twórczej, niezrozumieniu, samotności, życiu jako używce, w dosłownym słowa tego znaczeniu. W dzieciństwie ofiara przemocy, w dorosłym życiu nie mogący pogodzić się z traumami, uzależniony od narkotyków, chory na AIDS wielki geniusz. Niby schemat jakich wiele w przypadku tych największych, niby pod kątem reżyserii, to po prostu nieźle zrobiony dokument. A w zasadzie to jeszcze jedna lekcja ukazująca cenę sukcesu i uwielbienia. Po tym filmie inaczej nosi się już ubrania.