Notatnik kulturalny #62

20 sierpnia 2018, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

„Mamma Mia! Here We Go Again!” reż. Ol Parker

United International Pictures Sp z o.o.

2/6

Zakochaliśmy się w musicalach na nowo. Od dwóch dekad przeżywają one, podobnie jak w latach 40., swój złoty okres. Po prostu kochamy śpiewać i tańczyć, to nam pomaga zapomnieć o codzienności. Jednym z najgłośniejszych i szeroko komentowanych tytułów był z pewnością film „Mamma Mia!” w reżyserii Phyllidy Lloyd. Zarówno adaptacja filmowa, jak i te teatralne były czymś co wielu wprowadziło w obsesję. Nie mogło być inaczej, w końcu w filmowej wersji dostajemy wszystkie przeboje Abby i obsadę, w której króluje Meryl Streep. A wszystko na tle greckiej wyspy i krajobrazów, które tworzą coś na wzór raju na ziemi. Wszystkie składniki by odnieść sukces. I się udało, pierwsza część zapisała się już w historii i zabrała ze sobą w muzyczną podróży miliony fanów. Po co więc to wszystko psuć i bawić się w kontynuacje? Money, money, money… Must be funny!

Jak się okazuje, wcale tak fajnie i zabawnie nie jest. Druga część, za którą odpowiada Ol Parker, jest od początku do końca skrojona na jedno kopyto. Jakby ktoś z tej pięknej greckiej wyspy ulotnił świeże i czyste powietrze i zastąpił czymś sztucznym, w spray’u. Akcja filmu przenosi nas w czasie do młodych lat Donny, która podobnie jak teraz jej córka, zmagała się w rytmie przebojów Abby z dorosłością. Fabuła niezbyt wyszukana niestety zabija cały urok pierwszej części, bo zamiast śledzić choćby trochę interesującą historię zwyczajnie czekamy na znane nam dobrze piosenki i Meryl Streep, która pojawia się w filmie na pięć minut. Czuje się tym nieco oszukany. To taki odgrzewany kotlet, który nie smakuje już tak samo, znaczy w ogóle nie smakuje. Nie próbujcie tego.

„Sweetener” Ariana Grande

Universal Music Polska

3/6

Zacznę od wyjaśnień, takiej krótkiej lekcji współczesnego popu. Oto Ariana Grande, ulubienica nastolatek i tego pokolenia, które wychowało się na wszędobylskiej erotyce w teledyskach, głównie za sprawą niejakiej Nicki Minaj, która z Grande się mocno przyjaźni i od czasu do czasu występuje. Takie księżniczki popu obecnej dekady. Uroda jest, mocno ponętna i wyzywająca, do tego Arianna posiada spory kawałek głosu, którym czasem daje popis. Inspiracji też w tym przypadku pełno. To muzyczna droga, którą wcześniej obrały Rihanna czy nawet Beyonce, a sięgając wcześniej Mariah Carey i Janet Jackson. Do tego najlepsi producenci, tak jak w przypadku najnowszej płyty Pharrella Williamsa. Czyli pozornie wszystko, by wejść na sam szczyt? I owszem, ale obawiam się, że to chwilowy blask.

Nowa płyta Grande niestety jest szalenie nierówna. Przeplata ze sobą pomysłowe kawałki jak „R.E.M” czy tytułowy „Sweetener” z bardzo nużącymi melodiami jak singlowe „The light is coming” czy „Everytime”, które właściwie niczym się nie różnią od masowo zalewających nas „hitów” z radia. Jest tutaj sporo dobrych, miękkich melodii z niezłym groovem czy nierzadko funkującym głosem, ale zaraz jest to zabijane wtórnością. Tak jakby komuś zabrakło odwagi, że odważniejszy krok do przodu w brzmieniu zabierze komuś popularność. No właśnie, ta dzisiejsza kalkulacja. Nie czuje się tu charyzmy i charakteru, czuć za to powierzchowność, która blokuje odwagę młodej wokalistki. Chociażby w kawałku „Successful” świetnie porusza ona się po bujających dźwiękach, by w kolejnym numerze wszystko spieprzyć. Pół na pół.

„Bestia, bóg i linia”

Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie

 4/6

Takie podróże przez sztukę tylko zwiększają nasz apetyt na poznanie prezentowanego przez nią regionu. Na wystawie “Bestia, bóg i linia” w warszawskim Muzeum Nad Wisłą narracja skupia się na obiegu – wielokierunkowej, jednoczesnej wymianie idei, materiałów i form w regionie Azji i Pacyfiku. Ten rozległy, zróżnicowany kulturowo i religijnie obszar połączony wodami Oceanów Indyjskiego i Spokojnego już wiele stuleci temu realizował późniejsze ideały globalne: mobilności, zacierania granic, swobodnego transferowania wiedzy i technologii, migracji myśli naukowej, artystycznej, ekonomicznej, a także obyczajowości i codziennych praktyk twórczych. Na zwinnych statkach, od Madagaskaru i wschodnich wybrzeży Afryki po Filipiny i Australię przemieszczały się pomysły, techniki i formy sztuki.

Przygotowaną przez Cosmina Costinasa, dyrektora Centrum Sztuki Współczesnej Para Site w Hongkongu, wystawę spaja opowieść przedstawiająca region Azji i Pacyfiku jako uniwersum intensywnych i wielorakich relacji, które stanowiły gęstą tkaninę na długo przed zdominowaniem regionu przez porządek kolonialny. Poprzez prezentację ponad 50 twórców m.in. z Kambodży, Indii, Wietnamu, Madagaskaru, Bangladeszu, Filipin czy Australii wystawa stwarza możliwość głębszego wejrzenia w ten rozbudzony artystycznie i politycznie rejon świata. Na wystawie znajdziemy prace takich artystów jak: Taloi Havini, Huang Rui, Jiun-Yang Li, Mrinalini Mukherjee, Etan Pavavalung czy Norberto Roldan. Ta niezwykła podróż na Wschód potrwa w Muzeum Sztuki Nowoczesnej do 7 października i jest konieczna, bo tak naprawdę wszystko zaczyna na się na Wchodzie, by później po upływu czasu przejść na Zachód. Inspirujące wydarzenie!