Notatnik kulturalny #63  

27 sierpnia 2018, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

„Sonata jesienna”, reż. Kuba Kowalski

Teatr WARSawy

4/6

Przerażające jest koło, które nieustannie zatacza historia. Mierzenie się przeszłości z teraźniejszością, gdzie rodzic i dziecko stają jak na ringu naprzeciw siebie. W tym temacie nic się nie zmienia, zarówno niegdyś u Szekspira czy później u Bergmana, aż do dzisiaj. Może nawet szczególnie dziś jest to bardziej namacalne. W końcu coraz częściej młodzi ludzie nie radzą sobie z życiem, nie wiedzą jak je ułożyć, nie potrafią żyć i potrafią się do tego przed sobą przyznać. Przyczyną tego jest złe wychowanie, które w każdym przypadku oznacza co innego. Nie jest oczywistością kto jest katem, a kto ofiarą. Wszyscy są sobie winni.

W „Sonacie jesiennej” mistrza Ingmara Bergmana dostajemy studium psychologiczne tych rodzinnych traum i ułomności, które nas obciążają. To horror, który nie sprowadza nas w głąb przesiąkniętej ubóstwem czy zmarginalizowaniem patologii. Wręcz przeciwnie, mamy tu matkę spełniającą się w karierze światowej sławy pianistki i córkę, która na pierwszy rzut oka, wraz z mężem prowadzą sielskie życie na niewielkiej plebani. Jednak potrzeba niewielkiego zapalnika, by wszystko runęło, obnażyło się ze swej sztuczności i skoczyło sobie do gardeł. Potrzeba czerwonej sukienki, którą do kolacji zakłada matka.

Sonata o życiowej ułomności

Czerwona sukienka. Niezwykle jest efektowna, piekielnie zmysłowa, wyrafinowana, kokieteryjna, bezczelna, silna na zewnątrz w swym głębokim kolorze. W środku utkana z cieniutkich nitek niepewności i sprzeczności. Taka jest właśnie Charlotta ze sztuki Bergmana. Taka jest też bardzo wysmakowana rola Aleksandry Justy, na co dzień niedocenionej aktorki Teatru Narodowego. U Kuby Kowalskiego tworzy jedną z najważniejszych kreacji w swoim życiu, przepełnioną bólem, porażką, z porażającą fasadowością. Daje jej jednocześnie świeżość w postaci pierwiastka młodości i seksualności, która dziś zaciera coraz częściej granicę pomiędzy matką i córką.  W ten sposób zyskują one kolejną szansę na rywalizację, odbijanie traum i skakanie sobie do gardeł. Dzisiaj nie ma hierarchii. Myśmy wszyscy sobie równymi potworami, a niezwykle subtelna, wymarzona, pełna niedopowiedzeń i symboliki ulepionej z niewielkich gestów i spojrzeń teatralna uczta Kuby Kowalskiego będzie dla nas niezapomnianą, w tym aspekcie nieprzyjemną terapią. Jak dobrze, że teatr to nie tylko celebrycka rozrywka i porno-klub, ale także wykwintna sonata o życiowej ułomności.

„Rojst” reż. Jan Holoubek

Showmax

6/6

Zacznijmy od tego, że poziom polskich seriali podobnie jak kina, muzyki czy teatru od paru ładnych lat jest w rozkwicie. W końcu rację miał ktoś, kto powiedział mi, że każde złe i niespokojne czasy inspirują i mobilizują do pracy twórczej, w kulturze to widać! Hucznie zapowiadany serial „Rojst” platformy Showmax miał dołączyć do listy tych najważniejszych produkcji telewizyjnych ostatnich lat. Mroczny i gęsty zwiastun z licznymi trupami w tle, atmosfera z przeszywającym ciało dreszczem i obsada, której przodują Andrzej Seweryn, Dawid Ogrodnik czy Piotr Fronczewski. Oczywiście, oczekiwanie podbił jeszcze teledysk z Moniką Brodką, która w fantastyczny sposób przypomniała mega szlagier Izabeli Trojanowskiej z lat 80. „Wszystko czego dziś chcę”.

W serialu otrzymujemy Polskę B, taką, jaka była na początku lat 80. dla wielu obywateli. Pozbawioną atrakcyjności, przyjemności i prawdy, bo tutaj wszyscy wszystkich okłamują. W samym jej środku mają miejsce morderstwa, których zagadki próbują na własną rękę rozwiązać dziennikarze z lokalnej gazety (Seweryn i Ogrodnik). Gęstość, duszność i mrok są w tym wypadku porażające i wciągające zarazem. Rzadko kiedy przerobiony wielokrotnie klimat i czasy PRL-u jeszcze by tak zaskakiwały, fascynowały ułomnością systemu i naznaczeniem tożsamości. Bo oprócz zagadek kryminalnych, jest jeszcze polityka, inaczej mówiąc zbrodnia na ludzkości. Mamy w wypadku tej produkcji do czynienia z istnym mistrzostwem, jakby Stanisław Bareja połączył siły z Davidem Lynchem. To serial, który po pierwszym odcinku stawia masę pytań, które z każdym kolejnym rozdaniem mnożą się i rodzą kolejne wątpliwości, co niezwykle mądrze i sprawnie komplikuje zagadkę.

Aktorstwo pierwszej klasy

Innym istotnym elementem tej produkcji jest aktorstwo, które zarówno w głównym rolach, jak i najmniejszych epizodach coś oznacza. Nie ma tu zbędnych postaci, charakterów, gestów, spojrzeń. Każda postać buduje napięcie i konflikt, który dla widza staje się atrakcyjną tajemnicą. Każdy bohater posiada jakąś przeszłość, a to w serialach nie jest takie oczywiste. Co istotne, mnogość wątków nie powoduje tu chaosu, a wręcz przeciwnie, wszystko scala, “zażera” w tej gęstwinie bagna. Nie da się jednak chociaż na moment nie wspomnieć o Andrzeju Sewerynie, który od paru lat wchodzi na wyżyny swojego geniuszu, czy to rolą Beksińskiego w filmowej biografii, czy w teatrze w spektaklu Moniki Strzępki, czy teraz w serialu Holoubka. Jest piekielnie świadomy, mądry w swym aktorstwie i szalenie odważny. “Rojst” to serial, który wciąga, podobnie jak to nasze krajowe bagno, którego ówczesny absurd i narzucanie zasad dzisiaj stają się jak nigdy aktualne. Cholernie to dobre!

„Pop Therapy” Video Age

Inflated Records

5/6

Muzyka elektroniczna ma w sobie tyle obliczy i odłamów, że pojąć to wszystko byłoby sporą trudnością, a upychanie tego pod jedną nazwą, jest barbarzyństwem. Video Age to projekt, który porusza się po obszarach gatunku określonego „Hypnagogic pop”. Co to takiego? Brzmienie, które przywołuje pamięć i nostalgiczne wspomnienie osadzone w muzyce, popularnych rozrywkach i technologii nagrywania z przeszłości, szczególnie z lat 80. Czyli neony, syntezatory, kasety VHS, analogowe nośniki i cuda ery MTV. Wszystko to, na czym wychowało się pokolenie millenialsów, a co dziś, z ich pomocą, wraca do łask, stając się szalenie modne!

Ta moda zapoczątkowana po 2010 roku bardzo namacalnie odzwierciedlana jest chociażby przez psychodeliczną muzykę Ariela Pinka i jego kolegów. Video Age podążają podobną drogą, chociaż mniej punkową. Co otrzymujemy na drugiej płycie Video Age zatytułowanej “Pop Therapy”? Dosłownie muzyczną terapię, na którą składa się niezwykła kolekcja przyjemnych, syntezatorowych piosenek tworzących wspominane nostalgiczne wspomnienie i hołd dla lat 80. Materiał jest mocno zróżnicowany, albo wypadłoby określić, bogaty w swoim klimacie, bo przywołujący poczucie spójności, całości, niekończącej się opowieści. Miły, wzruszający, uczciwy to album dzieciaków kapitalizmu!

Jesień w polskim kinie zapowiada się niezwykle ciekawie! Zobacz nasze top 10 filmów, których premiery już wkrótce.