Notatnik kulturalny #64

5 września 2018, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

„Hunter” Anna Calvi

Domino Records

4/6

Kobiety mają głos. Zresztą chyba nikogo to nie dziwi, skoro się im go zabiera. Anna Calvi jest buntowniczką, która już od pierwszej płyty została namaszczona nową PJ Harvey czy Patti Smith. Na trzecim albumie idzie jednak zupełnie inną drogą, mniej oczywistą, dość niebezpieczną, by nie powiedzieć ocierającą się o cienką granicę dobrego smaku. Na całe szczęście Anna Calvi jest nie tylko odważna, ale wie jak to wszystko ugryźć. Jak wyznała w wywiadzie promującym krążek, najważniejsze było dla niej nagrać album, na którym kobieta jest przedstawiona jako myśliwy, a nie odgrywa stereotypowej roli ofiary.

“Hunter” to album rollercoaster, który wstrząsa słuchaczem. Jest ostrym, drapieżnym rockowym graniem, by chwilę później zamienić się w subtelną alternatywę, zagłębiającą się w onirycznym świecie rodem z filmów Davida Lyncha, gdzie wplata się anielskie wokalizy. Ale te wszystkie rozedrgane dźwięki pełne kontrastów, znajdują swoje uzasadnienie w mocno emocjonalnych tekstach Calvi. To opowieść bardzo brutalna, feministyczna, stawiającą kobietę w konkretnym, niezależnym świetle. Ważna rzecz!

„Trzy.Zero” Patrick the Pan

Kayax

5/6

Patrick the Pan jeszcze kilka lat temu za sprawą swojego debiutu wyznaczył nową kartę na polskiej scenie muzycznej. Idąc w ślady swojego kolegi, Artura Rojka i inspirując zagranicznymi artystami, którzy na przełomie minionej i obecnej dekady rozkochiwali się w modnym folkowym graniu, zaczął swoją intymną opowieść. I niczym Bon Iver, rozkochał nas w melancholijnym, smutnym plumkaniu na gitarze. Z kolejnymi, odważniejszymi krokami udowadniał tylko, że to coś więcej, niż ciekawy przebłysk zachodu. To artysta konsekwentny, ale i niesamowicie rozwijający się muzycznie.

Album “trzy.zero” jest tego potwierdzeniem i zarazem podsumowaniem wszystkiego co było przed nim. To nie tylko trzeci krążek muzyka, ale i znaczący etap dla młodego człowieka, czyli przekroczenie trzydziestego roku życia. W jednym z tekstów tak pięknie te rozliczenie ubiera w słowa, śpiewając: “w atomy cicho ktoś wkrada się, starości piękno otwarte jest.” Ten album to dla mnie przykład nowoczesnej poezji śpiewanej, subtelnego, świeżego tomiku z wyznaniem dojrzałego, świadomego człowieka, mężczyzny. Człowieka, który szuka w ludziach zrozumienia, prawdy, empatii, ludzkości. Piękny album.

„Ginczanka. Chodźmy stąd” Krzysztof Popiołek

Teatr Żydowski

4/6

Spektakle biograficzne opowiadające o znanych pomnikach polskiej kultury czy też tych całkowicie zapomnianych nazwiskach zalewają nasz teatr. W samym Teatrze Żydowskim w ubiegłym sezonie odbyły się premiery spektakli o Wierze Gran, Andzie Rottenberg, Idzie Kamińskiej czy Zuzannie Ginczance. Każdy z nich zupełnie inny w formie, poszukiwaniach języka, próbie dotarcia i dotkniętego bohatera. Najbardziej przenikliwym, a zarazem uczciwym jest z pewnością kameralna opowieść, a jednocześnie wstrząsający poemat Krzysztofa Popiołka o Ginczance, poetce, kobiecie, ale przede wszystkim człowieku, który zwyczajnie chciał żyć.

To życie zabrał jej człowiek, zabrała jej Europa, która, tak jak w otwierającej spektakl piosence, chciała być biała, bez zbędnych czarnych plam. Stara, rozpadająca się Europa przed 1939 rokiem, która zabiła tę 27-letnią żydówkę, by poczuć się lepiej, by być dowartościowana. Czyż nie jest dziś podobnie, czyż nie pada kolejne ciało od strzału białego, katolickiego oprawcy? Ta tożsamość Europy jest w spektaklu Popiołka niezwykle cenna. To lekcja o niej, której wciąż nie przerobiliśmy. Lekcja szacunku, zrozumienia, akceptacji, umiejętności dialogu.

W tym niezwykle subtelnym, cichym krzyku niesprawiedliwości reżyser wygrywa formą i konsekwencją, jaką otoczył ten spektakl. Używa czy łączy ze sobą umiejętnie środki, by podkreślić stadium obłędu i samotności. Wykorzystuje bolesną poezję Ginczanki do dialogu bohaterki z własnym odbiciem w lustrze, nierozumiejącą ją Europą czy wreszcie z widzem. Opiera to na symbolice, ekspresji ciała i miesza z kilkoma nowoczesnymi rozwiązaniami. Jest w tym niezwykle świadomy i uczciwy.

Zresztą podobnie jak Ewa Dąbrowska, która stworzyła jedną z najciekawszych kreacji ostatniego sezonu. Jest postać jest nieoczywista, przerażająca, chce tylko jednego – drugiego człowieka, miłości, zrozumienia. To bardzo mądrze zbudowana kreacja! Gdzieś całkowicie z boku powstał spektakl o przeszłości, która wydaje się być kalką dzisiejszego dnia. Spektakl o tożsamości, która naznaczyła Ginczankę, a dziś naznacza kolejne nazwiska. Spektakl ważny, i należy go zobaczyć, by nauczyć się przede wszystkim nie zapominać. Tożsamość jest piekielnie ważna, by zrozumieć ponownie rozpadającą się dziś Europę, świat.

Sprawdź nasz poprzedni notatnik, czy niczego nie przegapiłeś!