Notatnik kulturalny #66

18 września 2018, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

„Nabucco” reż. Marek Weiss

Teatr Wielki w Warszawie

6/6

„Nabucco” opera Giuseppe Verdiego w reżyserii Marka Weissa to istny fenomen. W repertuarze Teatru Wielkiego znajduje się od 26 lat! Przenosimy się w niej do roku około 587 p.n.e. do Jerozolimy i Babilonu, gdzie toczyły się walki pomiędzy stronnictwami dworskimi o wpływy. Wszystko to na tle wydarzeń będących początkiem „niewoli babilońskiej” Żydów. To właśnie z tej opery Verdiego, pochodzi najsławniejszy chór w historii opery – chór jeńców izraelskich, którzy wyśpiewują pieśń „Va pensiero!”. To co powoduje, że owa inscenizacja góruje nad większością współczesnych realizacji, to przede wszystkim rzemiosło. To z jaką pasją i oddaniem zostało stworzone to dzieło możemy zaobserwować chociażby na końcu na niekończących się oklaskach i zachwycie publiczności.

Mariusz Weiss potraktował dzieło Verdiego z niezwykłym szacunkiem, ale i świeżością, która powoduje, że jego inscenizacja wciąż jest aktualna. Może nawet dziś najbardziej. Ten nasz współczesny Babilon pełen chaosu nie wróży niczego dobrego. Babilon tak porażająco wyśpiewany przez genialną Lilę Lee i Petru Racovita. A do tego jeszcze wybitna scenografia artysty(!), Andrzeja Majewskiego, który swoją precyzją i geniuszem przyćmiewa współczesną kartę scenografii. Życzyłbym sobie, żeby nie zapominano do kogo należy jakie zdanie w operze, teatrze, sztuce, życiu. Żeby tego nie spłycono, nie dewastowano. Bo później dostajemy płaskie działo wyreżyserowane przez aktora, a ubrane w sukienki z międzynarodowej sieciówki. A potem wszystko inne się deformuje i świat rozpada się na kawałki. „Nabucco” w Teatrze Wielkim to jedno z ostatnich tchnień żywej kultury, przeżycie wręcz metafizyczne, które daje wiarę, że może jeszcze pojawią się następcy Weissa.

„Dare” KAMP!

Wydawnictwo Agora

4/6

Kocham tych chłopców już od ładnych paru lat. Od czasu pierwszych ich romansów z muzyką, którą dzielili się jeszcze na pojedynczych singlach czy ep’kach wydawanych przed długo oczekiwanym debiutem. Później ta miłość nabrała szaleńczego rozpędu, bowiem to co poczynili z rodzimą elektroniką chłopacy z zespołu Kamp! jest nieocenione. Torując jej nową drogę, dając świeży oddech, którym chwile później oddychały niemal wszystkie najistotniejsze debiuty ostatnich lat z XXANAXX, Natalią Nykiel czy The Dumplings na czele. Właśnie podzielili się z nami swoją kolejną odsłoną, trzecim albumem, który po raz kolejny mnie utwierdza, że za mało jest w masowej świadomości wiadomo o muzyce naszego najlepszego muzycznego towaru eksportowego.

„Dare” jest albumem, na którym Kamp! skręca w kolejną stronę nieograniczonej elektroniki. Są barwni, przebojowi, odważnie mieszając popowe melodie z elementami nawet techno. Będąc połączeniem w gruncie rzeczy niemożliwego – awangardy z masowością. W tym szaleńczym tańcu chłopcy zapraszają słuchaczy do poważnej dyskusji. To tak jakby po całonocnym maratonie nad ranem zapadła cisza i młodzi, świadomi ludzie zaczęli rozmawiać na tematy ważne. Niezrozumienie, tolerancja, wymierające wartości współczesnego świata, który w obecnej kondycji jest niezwykle inspirujący. Co udowodnił zespół Kamp! nagrywając swój przebojowy protest-song. Wyborna uczta!

„Love Is Here to Stay” Tony Bennett & Diana Krall

Columbia Records

4/6

Od paru lat, niemal co roku przychodzi ten moment, kiedy premierę ma kolejny krążek mistrza Tony’ego Bennetta. Zliczyć jego dyskografię jest czymś niemożliwym, ale już prościej jest wrócić do samego początku. Bowiem w 1952 roku ukazał się pierwszy album wokalisty zatytułowany “Because of You”. Ale Bennett jest jak wino i od niemal dekady przeżywa istny renesans w swojej karierze. Oczywiście głównie za sprawą albumów wypełnionych gośćmi. Na płytach towarzyszą mu tacy artyści jak Lady Gaga, Amy Winehouse, Mariah Carey, George Michael, Aretha Franklin czy Diana Krall. Tę ostatnią zaprosił do wspólnego projektu, by w wieku ponad 90 lat zaśpiewać jeszcze raz klasyki amerykańskiego jazzu, które „król jazzu”, George Gershwin, skomponował w latach 20. ubiegłego wieku.

Na tej płycie Tony Bennett nie idzie tylko na rekord, grając jazz w wieku 92 lat. Wszystko związane jest z piosenką “Fascinating Rhythm”. Bennett pierwszy raz zarejestrowała ją w studio w 1949 roku! Nagrywając ją ponownie na wspólny krążek z Krall otrzymał tytuł Guinness World Records za „najdłuższy czas pomiędzy wydaniem oryginalnego nagrania a ponownym nagraniem tego samego singla przez tego samego artystę”. To jest dopiero geniusz! Album “Love is here to stay” jest z pewnością płytą niezobowiązującą, mającą być lekkim oderwaniem od rzeczywistości, nostalgią. To płyta, która sprawia, że w szary, codzienny poranek wkrada się odrobina wariacji, improwizacji czy wracając do wspomnianej piosenki, fascynującego rytmu. To są czarodzieje, którzy swoją 20-letnią przyjaźń zapieczętowali na świetnym albumie.

„Zapiski Dyletanta” Leopold Tyrmand

Wydawnictwo MG

5/6

Wciąż za mało znamy twórczość Leopolda Tyrmanda. W zasadzie, praktycznie wcale dziś się do niej nie wraca. No może poza licznymi wyjątkami i powieścią “Zły”. Leopold Tyrmand, nieoceniony popularyzator jazzu w Polsce, a przede wszystkim pisarz i publicysta, jak nikt inny potrafił trafnie prześwietlić otoczenie, w którym się znajdował. Udowodnił to chociażby w swoich dziennikach z 1954 roku czy w książce „Życie towarzyskie i uczuciowe”, gdzie z szorstkością, ale i miłością otwierał przed czytelnikiem ówczesne kulisy PRL. W wydanej właśnie przez Wydawnictwo MG książce „Zapiski dyletanta”, ponownie śledzimy jego losy niemal dzień po dniu, a właściwie stan po stanie, bowiem Tyrmand zabiera nas w słodko-gorzką podróż po Ameryce, którą rozpoczął w drugiej połowie lat 60. Ameryce, która pełna sprzeczności jest odbiciem tego co dzieje się dzisiaj na Starym kontynencie, także w Polsce.

To odbicie Tyrmand opisuje jako sprzeczności, które go uderzyły, gdy był już w Waszyngtonie, gdzie ku swojemu zdumieniu, zobaczył czarnoskórych policjantów. Lecz nie był to wewnętrzny głos rasizmu, a raczej zdumienie. Bo jak opisuje w swoich „Zapiskach Dyletanta”: „Europejczycy pewnych błędów nigdy nie popełnią. Grupa mniejszościowa dostaje broń do ręki dopiero wtedy, gdy nie jest już mniejszością i gdy ponad wszelką wątpliwość wykorzeniono jej poczucie ogólnego prześladowania”. Idąc dalej, Ameryka w książce Tyrmanda to kraj, w którym zachłyśnięto się wolnością, nie potrafiąc docenić demokracji, co spowodowało rozpad wszelkich idei i wartości. Jakież to aktualne!

Ta książka to podróż przez Teksas, Arizonę, Nowy Meksyk czy Kalifornię. Jest oczywiście też Nowy Orlean, świątynia jazzu, która, jak wspomniana wcześniej cała Ameryka, zlepiona była z kontrastów, wylewającego się snobizmu i zaślepienia nowymi czasami. To miejsce, które nie ma już nic wspólnego z minioną epoką. Jednak wciąż pełne niedotkniętych przez czas uliczek, gdzie słychać było na każdym rogu dźwięk klarnetu. Ale, jak to Tyrmand ponownie żartobliwie komentuje, dźwięk znany był większości Amerykanów, tylko z filmu, bo przecież ówczesna inteligencja wakacje spędzała tylko w Paryżu, w Europie. Czytajmy Tyrmanda, bo jest jak najlepszy kanał informacyjny, dowodzący, że my nic się nie zmienimy, bo nie uczymy na błędach.