Notatnik kulturalny #68

1 października 2018, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

„Kler” reż. Wojciech Smarzowski

Kino Świat

5/6

Kiedy Patryk Vega zaprasza na premierę swojego kolejnego filmu, który nas ma zaszokować i wgnieść w fotel, Wojtek Smarzowski niemal w milczeniu i braku jakichkolwiek pychy wypuszcza nowe dzieło o sile jakiej wspomniany powyżej Pan może tylko pomarzyć. I tak z tej ciszy po chwili wyłania się głos, głos podzielonego kraju, który wciąż z trudnością mówi o rzeczach niewygodnych. W tym wypadku można by rzec świętych, bowiem za takie uznaje się wiele zachowań Kościoła Katolickiego. Smarzowski w „Klerze” tą nietykalną świętość zrywa, ale nie dlatego, by właśnie szokować, tylko ukazać zwykłego, takiego jak każdy człowieka, który często się gubi i skręca w złą drogę. A że prawda zawsze wygra, bo boli najbardziej to i na tej uczciwości wygrywa właśnie Wojtek Smarzowski, twórca jednego z najgłośniejszych filmów ostatnich lat.

Wszyscy wiemy o czym jest „Kler”, a tym którzy zapomnieli dodam pokrótce, że to opowieść o losach trzech księży, którym drogi podobnie jak przed laty zaczynają się krzyżować, a wszystko pod okiem najważniejszego, arcybiskupa zagranego z odwagą przez Janusza Gajosa. Zresztą z tą odwagą i wielowarstwowością niosą też role pozostali aktorzy, cała pierwszoplanowa czwórka aktorów tworzy niezwykły portret zbiorowy. To przejmujące, uczciwie zagrane role, które wbrew opinii tych, którzy filmu nie widzieli bądź nie zrozumieli nie ukazują tylko ciemnej strony kościoła. Widać to szczególnie w niezwykle intymnym wątku księdza granego przez Roberta Więckiewicza. Człowieka pogrążonego w alkoholu, samotności, niezrozumienia, zatracenia w beznadziei, któremu zabrakło wiary do życia. I o tym jest ten film, o zwątpieniu, które dotyka każdego i czasem zaprowadza nas w stronę piekła. Wojciech Smarzowski stworzył nieoczywisty, wielowymiarowy i arcyważny film, który wierze, że będzie początkiem do wymazanego przez wielu dialogu.

„Kęsy” Bovska

Warner Music Poland

2/6

Naprawdę chciałem dać szansę tej płycie, tym bardziej, że debiut Bovski sprzed dwóch lat należał do dość obiecujących. Ciekawy wokal, chwytliwe melodie, niebanalne teksty i cała ta oprawa, która swą pstrokatością, aż się prosi by być zapamiętana. Druga płyta ten błysk podwoiła, by z trzecią swoją odsłoną jeszcze bardziej nas oślepić. Tu potwierdza się stare przysłowie: „co za dużo to nie zdrowo”. A manieryczność, która była przebłyskiem szybko zaczyna nas uwierać. Na albumie „Kęsy” mamy więc ambitne podejście do tekstów, ale i w kontraście ostrzejsze electro-popowe melodie. Tylko to wszystko nie pozwala skierować się ani w komercyjną, ani niszową stronę, niestety również nieumiejętnie to łącząc jak chociażby w przypadku świetnej, nowej płyty chłopaków z zespołu Kamp!


Niestety trzecia płyta w dorobku Bovski szybko zaczyna wychodzić z pamięci, a wręcz drażnić przy jej pierwszym przesłuchaniu. Ma być dziwnie, eklektycznie, ale zarazem dość przystępnie, by zbytnio słuchacza nie wykorzystywać. I wychodzi z tego taki pop, który w swych elementach czerpie z innych gatunków, ale nie stanowi też niczego świeżego. Bo kiedy to pierwszy singiel „Kimchi” jeszcze nas chwyta, tak wtórność pozostałych utworów już raczej powoduje odwrotne uczucia. Wielobarwny, charyzmatyczny ptak to nie tylko kolorowe, pstrokate piórka, nawet nie tylko głos, ale i lot, który unosi go ku górze. W tym wypadku wszystko stoi w miejscu.

„Koniec wakacji” Marcelina

Agora S.A.

4/6

Kiedy siedem lat temu na rodzimym podwórku debiutowała Marcelina nie byłem do końca przekonany, że z tej niepozornej dziewczynki za parę lat wyrośnie świadoma artystka. Udowadniała to z każdą kolejną płytą, lepszą od poprzedniej, co wiemy nie jest łatwe na starcie kariery. I tak wszystko zatrzymało się w 2015 roku trzecią płytą, niezwykle świadomą i spójną – „Gonić burzę”. Dziś Marcelina prezentuje nam czwartą swoją odsłonę, której sam tytuł mógłby sugerować szarą i pełną jesiennej melancholii stronę artystki.

 

Marcelina ma w sobie urokliwą świeżość, naiwność, która nigdzie się nie spieszy i nie goni. Jej bardzo dobry czwarty album tylko to potwierdza. Ogłasza się tutaj koniec lata, ale na całe szczęście wbrew nurtu kolegów nie odchodzi w stronę mroku i depresji. Wokalistka zwyczajnie chcę nam przypomnieć o tym, o czym często zapominamy, o lekkości, wspomnianej naiwności, delikatnym przystopowaniu, co powoduje, że koniec lata może być zwyczajnie piękny jak melodie na nowej płycie Marceliny. Nie musi być wcale ucieczką, a tak istotnym i zapomnianym dziś przystopowaniem. Tutaj jest świeżo, błogo, refleksyjnie i taki miły świat wykreowany przez artystkę zwyczajnie jest nam potrzebny.

„Deprawator” reż. Maciej Wojtyszko

Teatr Polski w Warszawie

4/6

W Teatrze Polskim rozpoczął się kolejny sezon teatralny, w tym wypadku inaugurujący dwie znaczące daty. Z jednej strony obchody stulecia odzyskania niepodległości, z drugiej trwający właśnie rok Zbigniewa Herberta. Ale jak to w przypadku ostatnich działań teatru Andrzeja Seweryna bywa to można się domyślać, że nie jest to jedynie laurka wystawiona w biało-czerwone barwy, mające nas unieść w dumie i wzruszeniu. A przepiękna, niezwykle gorzka lekcja o polskości, o kraju, który nie siada na konia, szabli w dłoń nie chwyta, piersi bohatersko nie pręży, tylko na widok publiczny wystawia swą gębę i pupę, by po raz kolejny się ośmieszyć. Jak można się domyślać Witold Gombrowicz jest jednym z bohaterów sztuki Wojtyszki, który zaprasza nas do Francji, konkretnie miejscowości Vence, gdzie w połowie lat 60. doszło do spotkania Gombrowicza z Czesławem Miłoszem i Zbigniewem Herbretem. Za tym wszystkim oczywiście niesie się rozmowa o Polsce z perspektywy emigranta, a więc z dużo dawką ironii, goryczy i aktualności.

To mogło być jedno z najciekawszych przedstawień w repertuarze Teatru Polskiego; inteligentne, piekielnie zabawne, niezwykle świeże, świetnie zagrane. Andrzej Seweryn, Wojciech Malajkat czy Magdalena Zawadzka swą doskonałej formie, finezyjnie bawiąc się swoimi rolami. Ale tutaj stawiam kropkę do wszystkich jego wielkich zalet. Niestety reżyser wstawił to wszystko w nazbyt czerstwą scenografię, nudną do granic możliwości formę. Scenografię, która polega tylko na otwieraniu i zamykaniu drzwi, plus ewentualnie krzeseł przestawianych po scenie. W tym wyrafinowanym słodko-gorzkim tonie zabrakło większej wariacji, chociażby takiej jaką ma w sobie niesamowity Andrzej Seweryn. Zestawiać Seweryna z Gombrowiczem trzeba z odwagą, gębą, a nie delikatnym macaniem pupy. Mimo wszystko takiej wybornej słownej uczty w teatrze wypartym przez strzępki myśli ludzkich głów dawno nie słyszałem.

„Żona” Meg Woltizer

Wydawnictwo W.A.B.

3/6

Meg Woltizer ma to szczęście, że oprócz bycia poczytną amerykańską pisarką, jej książki od czasu do czasu zostają przenoszone na ekran, chociaż do tej pory raczej z marnym skutkiem. Wszystko zmieniło się w zeszłym roku, kiedy to szwedzki reżyser Björn Runge przeniósł na ekran jej powieść „Żona” obsadzając w głównej roli fenomenalną Glenn Close, której już wróży się Oscara w przyszłym roku za tę tytułową rolę. Wraz z polską premierą filmu, miało miejsce też wznowienie książki Woltizer, która snuje opowieść o kobiecie zamkniętej w grę zasad małżeństwa, w którym tkwi niemal w milczeniu od 50-ciu lat. Wszystko do momentu, kiedy jej mąż, uznany słaby pisarz leci z nią do Europy, by odebrać prestiżową nagrodę literacką.

Ten lot nad światem, będzie także dla kobiety spojrzeniem z góry na własne życie, które sprawi, że kobieta przerywa swoje dotychczasowe milczenie i postanawia odejść od męża. Ale Woltizer nie jest tu jednostronna zapędzając czytelnika w feministyczny róg. To raczej przyjrzenie się relacji dwójki osób, które połączyła fascynacja, później „wielka miłość”, by chwilę później stwierdzić, że brakuje w tym wszystkim przyjaźni i zamiast miłości małżonkowie czują do siebie nienawiść. Całość napisana przystępnie, choć momentami trąci swą trywialnością, skręcając w stronę opowieści dla zdesperowanych kur domowych, a przecież Woltizer z góry zakłada, że w tym wypadku nie osądza tylko jednej ze strony, mając na celu przypomnieć ludziom o swoim głosie i opowiadaniu o swoich potrzebach. Film zdecydowanie lepszy, przynajmniej ze względu na Close!