Notatnik kulturalny #70

15 października 2018, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

„Jak pies z kotem” reż. Janusz Kondriatuk

Akson Dystrybucja

3/6

Scenariusz do nowego filmu, powracającego po latach przerwy Janusza Kondratiuka, napisało życie. Film to jego osobista historia. Po śmierci swojego niezwykle cenionego brata, Andrzeja, reżyser polskiego „realizmu magicznego” w kinie postanowił oddać mu hołd. Chociaż właściwe słowo tutaj to rozliczyć się, bowiem życie, a szczególnie to rodzinne ma posmak słodko-gorzki, a relacje pomiędzy jego członkami nie zawsze należą do najprzyjemniejszych. Zresztą wiadomo, z rodziną to najlepiej tylko na zdjęciu.

Historia skupia się na ich ostatniej relacji, kiedy to Andrzej najpierw trafia do szpitala, by później zostać pod opieką młodszego brata. Kondratiuk po pierwsze wygrywa scenariuszem, który jest niezwykle uczciwy, nikogo niewybielający ani też niewywyższający. Tutaj wszyscy są sobie katem i ofiarą. Zresztą podobnie jest z tonem filmu, który został idealnie zbalansowany, omijając na szczęście ckliwe zakręty. Nie próbuje się nas także zaciągnąć na jakąś psychoterapię. To zasługa również aktorów, z których cała czwórka zasługuje na wyróżnienie. Szczególnie Aleksandra Konieczna, która po roli Zofii Beksińskiej, tworzy kolejną wybitną kreację, gdzie za świetną charakteryzacją i cechami zewnętrznymi kryje się cały dramat wielkiej gwiazdy żyjącej w cieniu swojego piekielnego nałogu. Życie Igi Cembrzyńskiej, które poza sceną i planem filmowym, jest jeszcze trudniejsze do zagrania.

Jeśli niestety wymazać wszystkie te walory, pozostaje nam jednak niewiele ponad przeciętność. Kondriatuk nie skupia się na formie, nie szuka języka, a większość scen wydaje się być ustawiona bez pomysłu. Bo gdyby nie świetni aktorzy i uczciwa historia, to wyszedłby z tego kiepski odcinek przeciętnego serialu. Oko reżysera było jakby zamknięte, brakowało mu odwagi. To zamknięte oko przydaje się szczególnie w scenach z dość kuriozalnymi „efektami specjalnymi” np. niedźwiedziem… Niemniej warto przypomnieć sobie bądź zapoznać z kinem braci Kondriatuk. Szczególnie tym z ich młodości. Potrafili oni uwieść widza!

„Manru” reż. Marek Weiss

Teatr Wielki Opera Narodowa

4/6

Temat roku obchodów odzyskania niepodległości jest podejmowany przez wszystkie instytucje kulturalne, było więc naturalne, iż dotrze on także do gmachu Teatru Wielkiego Opery Narodowej. A tam z okazji rocznicy wystawiono „Manru”, operę Ignacego Jana Paderewskiego, którą po latach nieobecności na warszawskiej scenie wyreżyserował Marek Weiss. To opowieść o miłości tragicznej, niemożliwej, opartej na podziałach, gdzie po jednej stronie stoi Ulana (Ewa Tracz), dziewczyna z zamożnego, chociaż zaściankowego wiejskiego domu, po drugiej tytułowy Manru (Peter Berger), cygan, który poświęca swoje korzenie dla ukochanej.

W wariacji Weissa cała opowieść zostaje przeniesiona we współczesne czasy. Mamy więc ociekające alkoholem, tandetne i przaśne wiejskie weselisko, a w drugiej części cygański tabor, który tutaj został zamieniony na grupę hippisowskich harleyowców. Przypomina to pamiętną Bożenę Dykiel w słynnej inscenizacji „Balladyny” Adama Hanuszkiewicza. Zresztą nie tylko w warstwie wizualnej dokonuje się tutaj szaleństwa. Muzycznie jest podobnie. Można się doszukać zarówno góralszczyzny, jak i przepięknych skrzypiec unoszących do góry cygańską muzykę.

To wszystko tylko umiejętnie podbija ton tej jakże aktualnej, ale i niedocenionej opery. Cała tragedia mocno wybrzmiewa u Weissa. Sprawnie i konsekwentnie wszystko prowadzi, nadając operze dość zaskakujące tempo. Wszystko do momentu zakończenia, które choć efektownie przeciągane w nieskończoność, zaczyna widza zwyczajnie męczyć. Ale warto jeszcze wspomnieć o górującej nad wszystkim cudownej Ewie Tracz, która swoim głosem i udaną rolą otwiera kolejny sezon w Operze Narodowej.

„Basta” Nosowska

Warner Music Polska

5/6

Nosowska podzieliła po raz pierwszy dość radykalnie swoich słuchaczy na wyznawców i hejterów. Ale zrobiła to z premedytacją, jak w gombrowiczowskiej zbrodni, by zadrwić ze współczesnego świata i jego wartości oraz nieustannego show w postaci “kuchennych rewolucji”. Zresztą w tej blond peruce, jako muzyczna Magda Gessler robiąca rewolucje w muzyce, jest możliwe, że po raz pierwszy artystka jest tak prawdziwa i szczera. Bo za blond wielkim afro nie ma smutnej Kaśki, śpiewającej o szarym kącie idealnym na stan zapomnienia, tylko dojrzała kobieta chcąca się wykrzyczeć, wyszaleć, inteligentnie przy tym wszystko puentującą. Basta, pas!

Na “Baście” Nosowska jest kulminacją konsekwentnie przez rok prowadzonego wizerunku, który rozpoczął się dwanaście miesięcy temu zawieszeniem działalności zespołu Hey. Wszystko po to by zesłać Kaśkę na Instagram, który w konsekwencji najpierw zrodził książkę, a w ostateczności solową płytę. I tak mamy do czynienia z pierwszym tak radykalnie złamanym wizerunkiem, który potwierdza, iż Nosowska, świadomie się prowadząc, potrafi być ponadczasowa, ponad pokolenia. Czy któraś z debiutujących na początku lat 90. koleżanek Kaśki ma podobnie? Niestety, to już woskowe dinozaury!

Muzycznie, artystka rozpoczyna swój nowy etap. Tym, którzy z zażenowaniem kwaszą miny, iż Kaśka na rock zarzuciła dyskotekową kulę, radzę wcześniej jeszcze raz prześledzić jej twórczość, która zarówno solo, jak i z Hey, elektroniką nie raz już się bawiła. Ale prócz nieskomplikowanych beatów od Foxa, mieni się to wszystko dobrym rapem, który Nosowska uprawia bezbłędnie. Może to fascynacja Kendrickiem Lamarem? Zresztą, gdyby tylko on poznał i posłuchał tych cudaków słownych Nosowskiej, nagrałby z nią duet! Bo choć w warstwie tekstowej artystka chciała wszystko uprościć, to wyszły jej możliwie najlepsze teksty od lat, idealnie trafiające w rzeczywistość, która za filtrem z Instagrama, doskonała już raczej nie jest. Jest bolesna, chociaż w szampanie pływa. Brawa dla tej pani!

„Książę i poetka” Manuela Gretkowska

Wydawnictwo Znak

4/6

Kiedy przeczytałem kilka tygodni temu pierwszą zapowiedź nowej książki Manueli Gretkowskiej poczułem dziwne ukłucie. A raczej rodzaj pewnego zniesmaczenia. No bo przecież ile można? Tyle ile zostało wydane i opublikowane o Agnieszce Osieckiej to swoisty ewenement. Po serii dzienników, wspomnień, biografii, notesów, tekstów piosenek przyszła pora na pierwszą powieść o jednej z najważniejszych polskich literatek. Tak, literatek. Dobry tekst piosenki jest wierszem, formą literacką, sztuką wyższych lotów, a takimi były niewątpliwe teksty Osieckiej.

Agnieszka stała się więc bohaterką pierwszej powieści o sobie samej. A Gretkowska za temat wzięła nieznaną historię wczesnego etapu życia poetki, kiedy to mieszkając w Paryżu, uwikłała się w romans z Jerzym Giedroyciem, wydawcą paryskiego magazynu “Kultura”. W tym całym zamieszaniu, istotnym faktem jest, iż tytułowy książę od poetki był starszy o trzydzieści lat, a i krajobraz Zachodu i Polski Ludowej się różnił od siebie.

Gretkowska nie miała w ostatnich latach dobrej passy, pisząc kolejne przykłady literatury banalnej. Ale wydaje się być w formie co najmniej takiej jak sprzed dziecięciu lat. Jej “Książę i poetka” to dość subtelna, ostrożna propozycja. Napisana lekko poetycko, ale bez udziwnień. Tak, by zrozumiał ją każdy, zarówno ten bardziej, jak i mniej wymagający czytelnik. Zresztą taka była twórczość Agnieszki Osieckiej. Warto pamiętać, że jest to autorski punkt widzenia na temat życia poetki i różni się on od tego, jaką mogliśmy poznać Agnieszkę z dzienników czy wspomnień. W świetle gatunku, jakim jest powieść, to wielki walor tej książki, tej wariacji na temat wariatki, która tańczy…

Zobacz co polecamy w naszym poprzednim Notatniku.