Notatnik kulturalny #71

22 października 2018, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

„Małomiasteczkowy” Dawid Podsiadło

Sony Music

5/6

Muszę się na wstępie do czegoś przyznać. Nigdy bym nie pomyślał, że zafascynuje mnie płyta Dawida Podsiadło. I nie umniejszając tu jego roli w polskim muzycznym biznesie, a wręcz fenomenie, zwyczajnie daleko było mi do tej wielomilionowej paniki, w której nie potrafiłem znaleźć elementu przyciągania. Tym razem oddaję wszelkie możliwe pokłony, bo oto w nasze ręce trafia album doskonały, który obok „Grandy” Moniki Brodki jest najważniejszym popowym albumem dekady w naszym kraju. Przebojowy, inteligentny, zabawny i wzruszający zarazem. Album stworzony przez młodego człowieka dla młodych ludzi. Sztos!

Wartość tego albumu polega na świetnie wyprodukowanych kompozycjach, które powstały z Bartoszem Dziedzicem. One są zwyczajnie dobre w swym popowym wydaniu. Melodyjne, współgrające z tekstem, niezwykle świeże, bez silenia się na coś bardziej wyszukanego. I bardzo dobrze! W tej prawdzie jest wartość, podbijają to teksty Podsiadło, w których muzyk, jak w dzienniku, zdradza się ze stanu smutku, zakochania czy rozczarowania światem. Te marudzenie miastowego młodego człowieka bardzo mi się podoba. Przede wszystkim dlatego, że Podsiadło nie ucieka tu w szukanie sensu życia, tylko w prosty, ale ambitny sposób komunikuje się ze swoim społeczeństwem. Dojrzał i wyszło mu to na dobre!

„Pierwszy człowiek” reż. Damien Chazelle

United International Pictures Sp z o.o.

4/6

Każda dekada w amerykańskim kinie ma swojego mistrza. Reżysera, który rozbudza marzenia w fabryce snów i realizuje wielkie, epickie widowiska pozwalające nam, szarakom, pomarzyć. Każda dekada ma swojego Williama Wylera, Johna Hustona, Franka Caprę czy Stevena Spielberga. I Damien Chazelle wydaje się idealnie do tego panteonu reżyserów kandydować. Tworzy kino z wielkim rozmachem, co udowodnił chociażby w przebojowym musicalu „La La Land”. W swoim trzecim filmie nie schodzi więc z tej pozycji i z musicalu przerzuca się w podróż do kosmosu, a to wszystko z twarzą Ryana Goslinga.

Jeśli lot w kosmos, to wiadomo, że chodzi o 21 lipca 1969 roku i historyczne wydarzenie w dziejach ludzkości. Pierwszy człowiek stawia stopę na księżycu, a jest nim Neil Armstrong. Historia znana nawet powierzchownie wszystkim, dlatego w filmie Chazelle’a schodzi ona na drugi plan, by w dość oczywisty sposób toczyć się pomiędzy wyprawą w kosmos, a życiem na ziemi, a wszystko w duchu ogromnego poświęcenia i wysiłku psychicznego, jaki wkładają w lot astronauci. Ale jak to u reżysera z fabryki snów, najważniejsza jest strona wizualna i w tym Chazelle jest perfekcyjny. Serwując widzom kino pełne emocji, dynamiki, uczciwości, efektów specjalnych, świetnych i przemyślanych kadrów, które uzupełniają dobrze radzący sobie aktorzy, wspominany Gosling i Claire Foy. Chociaż w tym wypadku przełomu w dziejach kina nie ma!

Antygona” reż. Agnieszka Korytkowska

Teatr Ateneum w Warszawie

2/6 

Każda epoka musi mieć swoją Antygonę, a każdy reżyser we właściwym dla siebie czasie po tekst Sofoklesa sięga. Zrobił tak w pamiętnych inscenizacjach Adam Hanuszkiewicz, Olga Lipińska czy Jerzy Gruza. Jeden z najważniejszych tekstów w historii dramaturgii nigdy się nie starzeje i nie traci na aktualności. Oto historia tytułowej Antygony, która wbrew zakazowi króla, postanawia pochować ciało zmarłego brata. Ta opowieść o uzurpowaniu sobie prawa do decydowania o każdym kroku i wyborze innych wydaje się dziś świeża, aktualna. I też dlatego reżyserka, Agnieszka Korytkowska postanowiła dramat w swojej wersji na tyle ile umiała uwspółcześnić, tylko, że zabrakło jej pomysłu.

Z tego wszystkiego wyszedł teatr szalenie szkolny, jakby na siłę chciano wypełnić widownię młodym targetem. Taka lektura z tektury, szybki bryk w wersji teatralnej, w którym brakuje spójności i myśli reżyserki. Tutaj wszystko boli, emocje zagrane na „nieludzkich” obrotach, słowa wypowiadane z patosem. Wszystko wyciągnięte zostało na wysokie tony, tylko, że zabrakło w tym prawdy, sensu, odrobiny powietrza. Dusi mnie takie zagrywanie się. Czy ból opłakującej syna Eurydyki musi być tak groteskowy, intensywny, że od jej rozpaczy bolą zęby? Czy Antygona w swoim monologu musi być tak literacka, ordynarna w tym poważnym sosie? Ratuje to tylko dobry Przemysław Bluszcz, który uwierzył w demoniczność swojej postaci, której nie układa jednowymiarowo. Ale to i tak za mało, żeby ulepić z tego wartość. Dzisiejszą aktualność. Próba może i była, tylko, że wyszła z tego szkolna akademia, która nudzi, a nie dotyka.

„Była raz wojna. Bomby poszły” John Steinbeck

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

4/6

Laureat Nobla John Steinbeck chociaż jest jednym z najważniejszych amerykańskich pisarzy w historii, nigdy nie miał dobrej passy w Polsce. Przed wojną praktycznie nieznany, a po jej końcu gdzieś przenikał, z wyjątkiem klasyku „Grona gniewu”. Jego literatura jest tylko pozornie do bólu amerykańska, pełna tamtejszych symboli czy wydarzeń, które naznaczyły Amerykanów. To zawsze świetnie narysowane ludzkie postaci, które zmagają się z problemem. Tak jak we wznowionej przez wydawnictwo Prószyński i S-ka książce „Była raz wojna. Bomby poszły”, która jest wynikiem pracy Steinbecka jako korespondenta wojennego w czasie drugiej wojny światowej.

Wielkość Steinbecka polega na umiejętności opowiadania, żeby nie powiedzieć „gadania”. Nie ważny jest nawet temat, który często przez okoliczności, w których znajdują się bohaterowie, może być nam daleki. Właśnie nie u tego pisarza. Jego słowo jest zawsze bardzo wnikliwe, bez upiększania. Przedstawia on ludzi takimi jakimi są z całym tym brudem, smrodem i beznadzieją. I może w tym tkwi jego wielka wartość, że czytamy to jak reportaż, dokument, zapis naszych odbić, a nie pełną idylli, rozbuchaną naszymi marzeniami, wyobraźnią i patosem powieść o wojnie.

Czy niczego nie przegapiłeś z naszego poprzedniego notatnika? Sprawdź!