Notatnik kulturalny #75

19 listopada 2018, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień pojawia się nasz Notatnik Kulturalny, a w nim przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

„Ślepnąc od świateł” reż. Krzysztof Skonieczny

HBO GO

Nasz ocena: 5/6

Jak się na coś długo czeka, to w momencie kiedy się to dostaje, nie smakuje zazwyczaj tak jak sobie to wyobraziliśmy. Słodycz zabijana jest przez rozgoryczenie. Podobnie, gdy w południe dopada nas nieznośny kac. W przypadku wyczekiwanego przez wielu serialu „Ślepnąc od świateł” jest wręcz odwrotnie. Dla wielu osób z pokolenia millenialsów powieść i cała twórczość Jakuba Żulczyka to współczesny klasyk. Autor, bez hamulców, ale i bez wielkiej poetyki, potrafi stworzyć portret zbiorowy młodych ludzi. W tym wypadku jest to portret zbiorowy na tle miasta Warszawa. Serial, który na podstawie tej powieści stworzył Krzysztof Skonieczny, to coś znacznie więcej. To jeden z najważniejszych współczesnych komentarzy na temat tego piekielnego, ale niepowtarzalnego miasta.

Nie od dziś mówi się w stolicy, że Polska zaczyna się 20 km za Warszawą. Ci, którzy tego w dosłowny sposób nie przeżyli, będą kręcić na te słowa nosem. Ale tak jest, że kiedy wejdzie się do tego miasta całym sobą, to jak u Żulczyka, zaleje nas jego czarny deszcz. Pochłonął on też bohaterów serialu, którzy pomiędzy palmą, syrenką i Pałacem Kultury snują się jak widma po suto zastawionej nocy i weryfikują sens życia. Wszystko to dzieje się przed oczami głównego bohatera, Kuby, dilera narkotykowego. Rządzi on nimi wszystkimi, począwszy od polityków i policjantów, po celebrytów, dresów z warszawskiej Pragi czy bananową młodzież sypiącą sobie kreski życia.

Postacie, które ożyły

Udało się to wszystko dzięki Skoniecznemu. Odważył się on nic nie wybielać, tylko rysować ostrą linię miasta takiego jakim jest, a często nawet i piekielniejszego. Miasta, które podobnie jak sam reżyser, nie ogranicza swojej wyobraźni. Ten mini-serial nie byłby w pełni odmalowanym portretem, gdyby nie aktorzy. Pomijając głównego bohatera, w którego wciela się Kamil Nożyński, który najlepiej wypada wtedy kiedy milczy, to dostajemy cały szereg mniejszych i większych popisów.

Obok Roberta Więckiewicza, Janusza Chabiora czy świetnego Cezarego Pazury, jest jeden król. To Jan Frycz, wznoszący się na wyżyny aktorstwa, pełnego obłędu, strachu, ale i niesamowitej pustki i zagubienia. Frycz w roli podstarzałego króla Warszawy jest kwintesencją tego serialu. Postać ta była wcześniej także istotna w powieści, którą napisał Żulczyk. Jest ohydnym typem, który jak Joker, nie zna granic. A to wszystko przez cholerną i toksyczną miłość do tego miasta. Jego twarz jest twarzą stolicy, w której pomimo odrzucenia, da się szaleńczo zakochać. Wciągające telewizyjne mistrzostwo!

„Ballada o Busterze Struggsie” reż. Joel i Ethan Coen

Netflix

Nasza ocena: 5/6

Daleko, daleko stąd, na bardzo Dzikim Zachodzie toczy się walka o życie. Walka ta w swej codzienności ma wiele odcieni, a jej podstawą jest nieustające starcie dobra i zła. Ameryka nic się nie zmienia. Na szczęście nie zmieniają się też bracia Coen. Pomijając nieudanego „Ave Cezar”, powracają w doskonałej formie do gatunku, który wychodzi im najlepiej, czyli westernowej ballady. Autorzy takich współczesnych klasyków jak „To nie jest kraj dla starych ludzi, „Fargo”, „Człowiek, który wiedział za dużo” czy „Big Lebowski” zabrali się tym razem za formę, która dziś w kinie pojawia się sporadycznie. To westernowa nowela filmowa. Do tej konnej opowieści o swoim kraju dodali jeszcze elementy musicalu, romansu czy najlepszej komedii. Oni są zdrowo popieprzeni!

Westernowa ballada

„Ballada o Busterze Scruggsie” to zbiór sześciu opowieści utrzymanych w różnym tonie, której osią jest człowiek na Dzikim Zachodzie. Człowiek ten, choć za każdym razem ma inną historię, to zawsze poddaje się swojemu liderowi, komuś kto jest zwyczajnie od niego silniejszy, bez cienia szansy na wygraną. Tak jakby świat był podzielony na katów i ofiary. Oczywiście jak to u mistrzów amerykańskiej satyry bywa, wszystko podane jest w prześmiewczym czarnym humorze.

Coenowie w tej zabawie są niesamowicie autentyczni. Oni ciągle bawią się kinem, bez spinania się i puszenia, jak to momentami bywa u Tarantino, na wielkie rzeczy, które z czasem okazują się małe i nieistotne. Coenowie tą autentycznością i lekkością wygrywają, tworząc unikat ze swoim filmów. Po jednej scenie są one rozpoznawalne są na całym świecie. „Ballada o Bustrze Scruggsie” jest jak najlepsze amerykańskie kino, jak najlepszy włoski western, jak zaskakujący w każdym odcinku serial, jak epicka powieść Johna Steinbecka czy wreszcie jak ballada o życiu, którą pod nosem snuje zapity Tom Waits.

„El mal querer” Rosalia

Sony Music

Nasza ocena: 5/6

Muzyka jest już bardzo nieznośna. Posiada miliardy wcieleń i spłyca się ją do wrzucanych na Youtube’a czy ostatnio innej przebojowej aplikacji filmików, w których „kreatywne” nastolatki myślą, że są artystami. Określenie artysta straciło zresztą na znaczeniu. Uznaje się za niego każdy, kto wykonuje coś powiązanego z tworzeniem sztuki. Ale oto w zalewie plastiku i kiczu wyciekającego z powiększonych pośladków i ust, wyłaniającego się zza zmodyfikowanego głosu, pojawia się nadzieja o imieniu Rosalia. Młodziutka, hiszpańska wokalistka wydała właśnie drugą płytę będącą najlepszą odsłoną muzyki rozrywkowej od paru dobrych lat.

„El mal querer” to album, który trudno zaszufladkować. Jest to też zresztą przyszłość muzyki, która bez ograniczania się w jedną stronę, czerpie z różnych gatunków. Coś podobnego stworzyła kilka lat temu Beyonce na „Lemoniadzie”. Podstawą u Rosalii jest jednak coś wyróżniającego, bowiem sięga ona do hiszpańskiej tradycji muzyki i dotyka flamenco, czy nawet poszczególnych cząstek muzyki fado. Tę tradycję miesza ze współczesnością. Przebijają się u niej elementy r’n’b czy future soul, który zapoczątkował parę lat temu James Blake. Przy całym tym mariażu, żeby nie powiedzieć miszmaszu, dostajemy niezwykle spójne dzieło, na swój sposób dojrzałą artystycznie wypowiedź młodej dziewczyny, która, o ile nadal będzie tworzyć tak odważne zestawienia, to wyrośnie na wielką legendę muzyki. Widzę jej świetlaną przyszłość!

„Odyseja” Maja Kleszcz

MTJ Agencja Artystyczna

Nasza ocena: 4/6

Uwielbiam takie momenty zaskoczenia jak ten. Po niemal dwunastu miesiącach bardzo dobrych dla polskiej muzyki, większość zachwytów przywraca się do góry nogami. Taka chwila daje mocno w policzek i zwraca na siebie całą swoją uwagę. Tak jest właśnie z wydaną parę dni temu nową, solową płytą Mai Kleszcz. Po wielkich dokonaniach z Kapelą ze Wsi Warszawa oraz z później założonym projektem IncarNations, zabiera nas ona w podróż do muzyki. Robi to za pomocą płyty kosmicznej, płyty odurzającej jak najlepsze w mieście używki, choć dla samej artystki piekielnie ryzykownej.

Na co dzień, wszechstronna Kleszcz się nie ogranicza. Prócz macierzystych projektów i kapeli, tworzy również muzykę dla teatru czy filmu, by wymienić chociażby współpracę z Agatą Dudą-Gracz, Michałem Zadarą czy Eweliną Marciniak. Tę teatralną przestrzeń, podróż w głąb uniesionej między dekoracje metafizyki, czuć na nowej płycie zatytułowanej „Odyseja”. Artystka zabiera na niej słuchaczy w przestrzeń pełną elektroniki zmieszanej z alternatywą, pomijając wszelkie zabawy w gatunki. To muzyka przyszłości. Tajemnicza, momentami oniryczna, szalona w swej zabawie i przerażająca w pustce. Płyta głęboka w dźwięki, zaskakująca, niepozwalająca się przewidzieć. Sięga ona w głąb naszego życia. To jest odyseja kosmiczna 2018.

Sprawdź nasz poprzedni Notatnik kulturalny, czy aby niczego nie przegapiłeś!