Notatnik kulturalny #76

26 listopada 2018, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

„Narodziny gwiazdy” reż. Bradley Cooper

Warner Bros

Nasza ocena: 4/6

Kiedy kilka lat temu pojawił się pomysł nakręcenia kolejnego remake’u klasyka ze wzgórz Hollywood zacząłem się martwić. Pierwotnie w filmie główną rolę miała zagrać Beyonce, a partnerowałby jej sam Leonardo Di Caprio. Pomysł jednak upadł, by po paru latach czekania zostać wskrzeszony z zupełnie nową obsadą. „Narodziny gwiazdy” to swoisty ewenement. Film doczekał się aż trzech ekranizacji, z których każda odniosła sukces zarówno komercyjny, jak i artystyczny. Role Judy Garland w wersji z 1954 roku i Barbry Streisand z 1976 należą do ich najlepszych w karierze. Widocznie coś musi być w temacie podstarzałego, zapitego gwiazdora, który, spotyka na swej drodze dziewczynę, z której robi gwiazdę większą od siebie, skoro w każdym pokoleniu potrzebuje on znaleźć swoje odbicie.

Ale trzeba przyznać, że sama historia do najambitniejszych nie należy. Jest raczej z tych porośniętych kurzem, co jeszcze parę dekad temu wyciskały łzy, ale dziś wydawałoby się to niemożliwe. Wszystko więc wskazywało na pierwszą porażkę tego tytułu, tym bardziej, że wskrzeszenia podjął się Bradley Cooper, aktor utalentowany, ale debiutujący w roli reżysera. W efekcie powstał jednak niesamowicie spójny film, świeżo i żwawo pokazany przez Coopera, który idealnie rozkłada tempo filmu, ubierając go w działającą na zmysły warstwę wizualną. No i jest jeszcze przecież Lady Gaga, która w roli głównej zaskakuje swoją naturalnością i wdziękiem, bez zbędnego kombinowania na ekranie. Pozwala to także poczuć niesamowitą chemię, jaka łączy kochanków.

Niestety pomimo tego, iż jest to film w konwencji muzycznej, najsłabiej wypadają tutaj piosenki. Trącą nudą i bezskutecznie próbują zapaść widzowi w pamięć. To już nie te klasyki od Garland czy Streisand, które zbudowały piosenkę filmową. I choć wokalnie Lady Gaga prezentuje cały swój koloryt, tak same utwory są takie jak dzisiejszy przemysł muzyczny… nijakie. Wtórne, nastawione na zbijanie kasy. Jeśli potraktować ten zabieg jako podbijający całą historię o współczesnym Hollywood, to rzeczywiście się udało.

„Trojanki” reż. Jan Klata

Teatr Wybrzeże w Gdańsku

Nasza ocena: 5/6

Jan Klata po latach, a konkretnie po dekadzie, powraca do Wybrzeża, by odmienić nieco nudnawą w ostatnich miesiącach scenę i przypomnieć tym samym, że jeszcze do niedawna gdański teatr był jedną z najważniejszych scen teatralnych w kraju. Odważną, aktualną w formie i doborze tematów, przełamującą konwencję teatru, a właściwie umiejętnie bawiącą się nim. Pomijając te wyliczanki, wróćmy do Klaty, który sięgnął tym razem po dramat Eurypidesa, by w aktualnym świecie tragedii przypomnieć opowieść o ofiarach.

Jak to u Klaty oraz w dramacie antycznym bywa, nic nie jest czarno-białe. Każda ofiara pragnie zemsty. Ten spektakl jest kwintesencją języka Jana Klaty. Jest pełen przełamań wielkowymiarowości, każdy jest tu katem i ofiarą. Całość zbudowana na kontrastach, tak by nie zejść w zbyt jednoznaczną stronę. Tutaj techno miesza się z operą, dramat z pastiszem, a blask złota z czarną magmą (świetna strona wizualna spektaklu). Odzwierciedleniem tego wszystkiego są dwie wybitne kreacje aktorskie o twarzy Doroty Kolak i Katarzyny Figury. Po raz kolejny udowadniają one klasę aktorstwa, które mimo momentami ostrych środków, nie jest przegrane. I w tym tkwi sukces tego spektaklu. W myśleniu, które czyni go zwycięzcą, a nie przegranym, katem, a nie ofiarą. Wielkie brawa!

„High & Low” Aga Zaryan

Warner Music Poland

Nasza ocena: 4/6

Nasze kobiety jazzu dały ostatnio głos. Po udanych płytach Moniki Borzym czy Anny Marii Jopek przyszła pora na Agę Zaryan. Swoją drogą, mam wrażenie, wciąż niedocenioną w Polsce wokalistkę jazzową. Zaryan tej jesieni powraca w odsłonie, która swą dojrzałością, a zarazem lekkością może tylko ją odmienić, rozgrzać, napełnić nadzieją, także ze względu na napisane przez artystkę pełne refleksji teksty, które rozwinęły się we współpracy z muzykami z całego świata.

Zaryan zawsze krążyła po tym gatunku, udając się w mniej lub bardziej przystępne obszary przewidziane dla mniej wyrafinowanego słuchacza. Tym razem na „High & Low” scala to wszystko i dalej podróżuje. Czuć tutaj dojrzałość, pokonaną drogę, emocjonalną lekcję, która wydobywa się z jej niesamowitego głosu, który w tych różnorodnych kompozycjach łączy wszystko w całość o odcieniach jazzu, soulu czy bossa novy. Album ten po latach czekania, potrafi nakarmić, ale też i pozostawia niedosyt i apetyt na jeszcze więcej.