Notatnik kulturalny #77

3 grudnia 2018, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

„Kilka dziewczyn” reż. Bożena Suchocka

Teatr Narodowy w Warszawie

Nasza ocena: 2/6

Zawiało nudą w Teatrze Narodowym w Warszawie, i szczerze, nie pamiętam kiedy ostatnio powstał tam spektakl, który swą nijakością i brakiem świeżości tak torturowałby widzów. Mowa tu o nowej premierze Bożeny Suchockiej, która po latach przerwy powraca do teatru przy Wierzbowej, by zmierzyć się z tekstem sztuki „Kilka dziewczyn” Neila LaBute’a. Autora, którego tekst, kilka lat temu na tej samej scenie z powodzeniem odczytała Grażyna Kania. Tym razem odpowiedziano historię czterdziestoletniego mężczyzny, który po latach używania życia i korzystania z uciech w relacjach z wieloma kobietami, postanawia się ustatkować. Zanim jednak stanie się mężem dla swej przyszłej żony, spotka się z tytułowymi kilkoma kobietami, by rozliczyć swoją przeszłość i oczyścić sumienie.

Mimo starannego oddania aktorów, w tym przede wszystkim Grzegorza Małeckiego, całość prowadzona jest w najprostszy z możliwych sposobów. O ile w ogóle możemy mówić tu o prowadzeniu. Mamy tu raczej przebieg kolejnych scen z kartek scenariusza, bez zbędnego zagłębienia się w problem. Bez odczytywania, jak to miało miejsce chociażby w przypadku Kani. Wszystko jest bezpieczne, powierzchowne, począwszy od języka spektaklu, po scenografię. Jakby zabrakło komuś odwagi w przyglądaniu się współczesnym relacjom. To tak jakby założono za ciasny gorset na aktorów, którzy zamiast nas dotknąć, zachowawczo i bez pomysłu opowiadają historię jak dla guwernantek. Na szczęście i niestety, świat jest bardziej brutalny, ale i przez to ciekawszy, kuszący, o czym reżyserka chyba nie miała szansy się przekonać. I tylko aktorów szkoda…

„Radiohedonistycznie. Live at Wytwórnia” Monika Borzym

Mystic Production

Nasza ocena: 4/5

Próby przerabiania lub co gorsza coverowania twórczości niektórych artystów, są z góry  skazane, delikatnie mówiąc, na niepowodzenie. Do takich współczesnych „nietykalnych”, należą z pewnością chłopacy z Radiohead, którzy niemal każdą swoją płytą rozbijają konkurencję. I na taką wyprawę w kosmos postanowiła się udać wciąż młodziutka jeszcze Monika Borzym, jedna z najciekawszych wokalistek jazzowych w Polsce.

A więc mamy jazz i Radiohead… Brzmi to lekko surrealistycznie, bo na standardy jazzowe ich muzyka raczej pasuje. A już na pewno nie na tzw. uprawianie vocal-jazzu. Ale ku mojemu zaskoczeniu nowy album Borzym dotyka swoją jakością, świeżością i przede wszystkim mądrością. Nie jest to takie tylko wykonywanie sobie ukochanych utworów. Jest cała myśl, która za tym idzie. „Radiohedonistycznie” to inaczej zapis magnetycznego koncertu, który nie jest ani pomnikiem, ani próbą mierzenia się z gigantem, a po prostu czystą wariacją, która pozwala uruchomić nasze zmysły, wybić je kilka pięter wyżej. I ta magnetyczna wolność w graniu, która muzykę Radiohead i jazz Borzym połączyła precyzyjnie i bardzo uczciwie.

„Wdowy” reż. Steve McQueen

 Imperial – Cinepix

Nasza ocena: 4/6

Steve McQueen z bywalca europejskich festiwali filmowych szybko stał się ulubieńcem fabryki snów z wiadomo jakich wzgórz. Po doskonałych, mocno artystycznych filmach, takich jak „Głód” i „Wstyd”, w których ludzkie ciało było tematem podstawowym, przyszła pora na Oscarowego „Zniewolonego” i opowieść o rasizmie. Opowieść, która została poprowadzona już nieco innym językiem, bardziej epickim, chociaż wciąż nie spuszczając z gazu. I taką właśnie sprawdzoną drogą McQueen postanowił pójść jeszcze raz. Może liczył, że podobnie jak wspominany „Zniewolony”, tak i najnowszy film dostanie wymarzonego przez wielu Oscara.

Wszystko dzieje się w mrocznym Chicago. Codzienność często zbiega się tu z polityką, która wchodzi do domów mieszkańców. To opowieść, która ma gdzieś amerykański sen, zastępując go cynizmem i złudnymi obietnicami o lepszej przyszłości. Opowieść o czterech obcych sobie kobietach, których życia zbiegają się w momencie, kiedy po śmierci mężów muszą przejąć ich długi, a tym samym zawiązać pakt przeciwko panującym w mieście zasadom.

„Wdowy” to przede wszystkim rzetelnie prowadzony, trzymający w napięciu film, który miał wbić kij w mrowisko (jego premiera w Stanach odbyła się tuż przed wyborami). To rodzaj sztuki, która mimo komercyjnego gatunku i zabawy kinem, ma rozpocząć istotną dyskusję. To też wreszcie film opowiedziany językiem McQueena, przepełniony rozgoryczeniem wobec człowieka pogubionego w świecie zasad i oczekiwań. A na dodatek wciągające aktorstwo z Violą Davis na czele, o której od lat się mówi, że jest czarnoskórą Meryl Streep i swój geniusz potwierdza ona też w tym filmie!