Notatnik kulturalny #59

17 lipca 2018, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

„Cafe Belga” Taco Hemingway

Asfalt Records

5/6

Kocham te poruszenia narodowe. Pyskówki i gorączki, w których wszyscy w porywie niemal obłąkania znają się na: piłce nożnej, Himalajach, kinie Szumowskiej i Pawlikowskiego, czy jak ostatnio w środku deszczowego lipca, na polskim hip-hopie. A to za sprawą nowej, niespodziewanej płyty Taco Hemingway’a, która namieszała w tym skwaśniałym, ogórkowym sezonie. No bo jak tak można ciągle o tym, że  się młody chłopak dorobił i teraz rozbija się po swoim zamożnym życiu. Dawniej rap sprowadzano do siedzenia na ławce przed betonowymi blokowiskami, dziś to już samotne bytowanie w bogactwie, w betonowych metropoliach niczym w „Między słowami” Sofii Coppoli. I tak jest źle, przecież można inaczej. Tylko pytanie czy my też przypadkiem tego „inaczej” nie zamieniamy ciągle na monotonnie powtarzane zachowania, które sprowadzają się do jednego?

Trafnie to wszystko Taco portretuje na nowej płycie, gdzie pochyla się na smakiem swojej nieustannie rosnącej popularności. Jest gorzki w wertowaniu swojego życia, o które boi się, aby nie wyglądało jak u Patryka Vegi. To głos młodego człowieka, który sukces i pieniądze zamienia na nostalgiczne wspomnienia o życiu przed całą tą burzą popularności. Wyszła z tego najlepsza płyta Taco od paru lat. Momentami niezwykle liryczna, pozbawiona nadmuchanych przebojów do radia. Płyta, która jest o czymś. Zapomnijmy o tym wypadku przy pracy nad albumami „Soma 0,5 mg” czy „Szprycer”, które bez pomysłu nużyły już po kilku przesłuchaniach. „Cafe Belga” jest krokiem wprzód, który jak zawsze przeszkadza tym, którzy nie mają odwagi sami go zrobić. Krokiem, który udowadnia, że żadne tam „koła” i inne miliony, tylko człowiek się liczy.

Sprawdź nasze typy na przebój tego lata, Taco, w duecie z Quebonafide też się wśród nich znalazł!

„Siostry” reż. Agnieszka Baranowska, Magdalena Czajkowska

Warszawska Szkoła Filmowa

4/6

Niesłusznie przez lata pomijało się młodych, którzy stawiali pierwsze kroki w zawodzie aktora. Wszystko się zmienia, nie zawsze na dobre… To znaczy przeważnie nie. Ale jak napisał Antoni Czechow, trzeba marzyć, trzeba marzyć. A w młodych siła. Takie młode, naiwne marzenia mogliśmy ostatnio oglądać w Warszawskiej Szkole Filmowej, gdzie z sukcesem wystawiono dyplom ostatniego roku aktorstwa w reżyserii Agnieszki Baranowskiej i Magdaleny Czajkowskiej. Na warsztat wzięto niestarzejące się „Trzy Siostry” wspomnianego Czechowa i “Czwartą siostrę” Janusza Głowackiego. Czyli rzecz o tęsknocie za czymś, czego nawet nie znamy, ale co pomaga nam egzystować w popapranym świecie. Rzecz o naiwności, nadziei, pełna miłości i pożądania.

To spektakl kobiet, tytułowych sióstr, które mienią się wielobarwnością, prezentując wszystkie ułomne twarze dzisiejszego świata. Zamknięte w gorsetach, sukniach ślubnych, przyciasnych garniturach, maskach aktorek, manekinów, dziewczyn z przedmieść, tworzą kreacje stworzone na podobieństwo oczekiwań innych. A one chcą tylko marzyć. Podobnie jak jest z nami dziś. To pokolenie, które odcięte od przeszłości (znacząca postać babuszki), nie zna smaku braku wolności, i tylko żyje jakąś nierealną projekcją. Żyje Ameryką.

Ciekawe jest to uderzenie młodych ludzi, w którym, co budujące, wszyscy grają do jednej bramki, nie ciągnąc kolegów w dół. Z pewnością wybija się chociażby niezwykle świadoma swoich nawet najmniejszych ruchów Marta Marciszak, nieokiełznana, zbudowana na sprzecznościach i pytaniach Dominika Sakowicz czy niemal posągowa, woskowa Michalina Robakiewicz. Kilkanaście lat temu ten niesłusznie zapomniany dziś tekst Głowackiego stworzyły takie aktorki jak Katarzyna Herman, Edyta Olszówka czy Dominika Ostałowska. Życzę, żeby ci młodzi ludzie podobną szansę w przyszłości dostali. W końcu trzeba grać, trzeba pracować, jak u Czechowa. Oglądajmy ich, dajmy im grać, dajmy dotknąć tej upragnionej Ameryki, nawet jeśli miałaby ich albo nawet nas widzów rozczarować.

„Danuta Szaflarska” Gabriel Michalik

Wydawnictwo Agora

4/6

Pamiętam ją na scenie, kiedy w wieku około stu lat potrafiła skupić na sobie całą uwagę. Nie dlatego, że była Danutą Szaflarską, tylko dlatego, że była prawdziwa. Grała jeszcze w „Między nami dobrze jest”, „Uroczystości” czy „Daily Soup”.  Cokolwiek można powiedzieć o tym zawodzie, kreacja była jej daleka. Bo jak to kiedyś powiedziała, po zobaczeniu „Zakazanych piosenek” z 1946 roku już nigdy nie będę grać przed kamerą, tylko po prostu być. To bycie stworzyło z niej legendę, która dała nam coś niespotykanego. Żadne tam blaski i wielkie obietnice, a nadzieję i szacunek do życia. To właśnie udowadnia Gabriel Michalik w pierwszej biografii poświęconej wspaniałej Danucie Szaflarskiej.

To portret niezwykle osobisty, zbudowany na tragicznych historiach, które często zamieniały się w traumy. Obraz małej, kruchej kobiety, która nie tylko była obserwatorem, ale uczestnikiem wielkich zmian w polskim teatrze, kinie czy nawet historii. To wszystko ukształtowało w niej podejście do życia, które każe je szanować. I nawet jak nie zagrała swojej wymarzonej roli Kleopatry, to śmiała się, dodając, że jej nie zagrała tylko dlatego, że zabrakło Antoniusza. Jest to zabawna, słodko-gorzka opowieść o zawodzie aktora, który potrafi niebezpiecznie zaszufladkować, także na życie. I jak udowadnia Michalik, Szaflarska przeżyła je godnie, ponieważ była w nim, a nie grała. To lektura ucząca więcej niż niejeden poradnik. Wybitna lekcja pokory.

„The Now Now” Gorilazz

Warner Music Polska

4/6

Wciąż żyjemy ich koncertem na tegorocznej edycji Openera i w tych emocjach trudno czasem spojrzeć na coś trzeźwo. Nie, proszę nie doszukiwać się drugiego dna. Ten mały problem wywiązał się w związku z wydanym kilka dni przed wspomnianym koncertem szóstym albumem grupy. Było to o tyle zaskakujące, że jeszcze nie ochłonęliśmy po mocno imprezowym zeszłorocznym krążku “Humanz”. Gorliazz czyli kreskówkowa grupa Damona Albarna i Jamiego Hewletta postanowiła jednak porzucić swój charakterystyczny elektryczny pop, przenosząc się w stronę hip-hopu przepełnionego mocno leniwym tonem. To taki oddech na świeżym powietrzu.

 „The Now Now” jest jednym z najbardziej konsekwentnie melancholijnych albumów Gorillaz, przywodzącym na myśl krążek „The Fall” z 2010 roku. Większość piosenek zawiera co najmniej dwie fajne, vintage’owo brzmiące części syntezatora, które czasem uzupełnione są elementami disco czy oldschoolowego hip-hopu. Ale proszę uważać, nie jest tak wesoło. To po prosu takie chmury deszczowe, nostalgiczne rytmy, zapewniające odpowiednio pochmurną atmosferę.

Przez cały czas Albarn śpiewa w tym samym wyczerpanym tonie, jego głos jest często stłumiony, by przekazać maksimum alienacji. Śpiewa o tęsknocie, samotności, podróży, wyobcowaniu. Aż chciałoby się więcej, żeby zaspokoić apetyt, który urósł w miarę jedzenia. Jest dobrze, choć brakuje tu ostrej kreski, która uwypukliła głębię tego niepozornego albumu. A może to już zadanie dla słuchacza?