Notatnik kulturalny #65

10 września 2018, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

„Mój pierwszy raz” reż. Krystyna Janda

Teatr Polonia w Warszawie

3/6

Z sezonu na sezon Krystyna Janda staje się coraz odważniejsza w doborze tematów przy budowaniu repertuaru swoich dwóch teatrów. By wspomnieć chociaż takie ostatnie tytuły jak „Zapiski z wygania”, „Casa Valentina”, „Winny” czy „Bal manekinów”. Tutaj rozmawia się o ważnych sprawach, porusza się kwestie tożsamości, pamięci, tolerancji, wymierającego pierwiastka ludzkości. Próbuje się z widzem rozmawiać, nierzadko prowokując do dyskusji. Bardzo często używa się tam umiejętnie środków, które dany problem podbijają, nie gorsząc przy tym jak ostatnio „modne” teatry, w których nagie ciało ścieli się gęsto. Otwierająca nowy sezon sztuka „Mój pierwszy raz”, opowiadająca, jak się można domyślać, o pierwszych razach ponownie dotknęła tematu istotnego. Tylko że tym razem skończyło się zaledwie na próbie.

Tekst sztuki powstał na podstawie wpisów internautów, którzy na portalu www.myfirsttime.com dzielili się z innymi czytelnikami swoimi intymnymi opowieściami o doświadczeniach z pierwszymi w życiu inicjacjami seksualnymi. Krystyna Janda owe opowieści postanowiła przenieść do teatru. Niestety brakuje w tym wszystkim charakteru i rozwiązań scenicznych, które opierają się nie tylko na wchodzeniu i schodzeniu ze sceny, a takich, które podbiłyby i wyodrębniły różne barwy ludzkich potrzeb. Bo w tym tkwi piękno i fascynacja ludzkim ciałem, umysłem, potrzebami.

To jest nieograniczona wyobraźnia! Przeplatający się z monologami układ taneczny i wyświetlane projekcje to zdecydowanie za mało. Zresztą, podobnie jest z aktorstwem, które choć reprezentuje pewien poziom, to jednak nie zaskakuje, nie fascynuje widza. Zaproponowana przez Jandę konwencja niestety szybko zaczyna nużyć, a mnogość bohaterów i historii po prostu zlewa się w jedność. To spektakl na temat, który mógłby nas podniecić, przyjemnie połechtać, sprawić, że na naszej twarzy pojawi się niewinny rumieniec. W końcu seks jest dla ludzi. Pozostaje niedosyt, który swoje dopełnienie znajdzie już w zaciszu czterech ścian. A może to właśnie sukces tego spektaklu?

Wywiad z Agnieszką Krukówną, odtwórczynią jednej z głównych ról w spektaklu przeczytacie u nas.

„Pułapka” reż. Łukasz Palkowski

TVN

5/6

Stacja TVN, mimo licznych hucznych zapowiedzi, w ostatnich sezonach nie dorobiła się serialu, który dorównywałby poziomem świetnym produkcjom HBO, AXN czy ostatnio platformie Showmax. Wszystko przepełnione było sztucznością i przerostem ambicji, które zamiast sztuki, tworzyły produkt reklamowy. Tak było ze średnio udaną „Diagnozą”, „Drugą szansą” czy kuriozalnym “Belle Epoque”. Wszystko tam jak z bajki, ociekało idealnością, pozerstwem, życiem jak z katalogu. W końcu nie bez powodu przyjął się już termin “tvn-owskie wnętrza”. Zresztą, podobnie było z problemami jakie mieli tamci zachowawczy bohaterowie. Startujący właśnie sezon jest wiec sporym przełomem, bowiem „Pułapka”, ich nowa propozycja, obala wszystkie wcześniejsze schematy i zasady stacji przy produkcji seriali.

Nowy serial stacji TVN to jedna wielka intryga, w którą wciąga się widza. Mamy tutaj główną bohaterkę, pisarkę, autorkę kryminałów (w tej roli Agata Kulesza), która całkowicie niespodziewanie wpada na temat nowej książki. Ale za zwykłą zawodową ciekawością kryje się jeszcze przeszłość, która dociera do niej przy okazji tragicznych wydarzeń, w jakie sama się wciąga. Agata Kulesza po mistrzowsku buduje kolejną kreację, tym razem bardzo silną na zewnątrz, mocno stąpającą po ziemi, która w środku zmaga się z różnymi demonami, także przeszłości. Jej twardy pancerz, który z czasem się rozbija to najlepsza psychologiczna zagadka w tej potężnej stacji telewizyjnej od niepamiętnych czasów. I dlatego tu wielkie brawa należą się scenarzystom serialu.

Aktorzy stają na wysokości zadania

Zresztą bardzo dobrze wypada też partnerująca jej młoda Marianna Kowalewska, niezwykle surowa w swej grze. Idąc dalej, dostajemy kolejne postaci i kolejne nazwiska, od Joanny Kulig, Leszka Lichoty, po Kingę Preis czy Marię Maj. Ale co istotne, nie jest to kolejny telewizyjny projekt, w którym znane twarze mają tylko zapchać tło. One go tworzą, kreując, każda z osobna, tajemniczą postać z konkretnym charakterem, która ma widzowi jeszcze bardziej zagmatwać zagadkę. I w tym cały sukces, zabawa konwencją. Łukasz Palkowski poszedł w zupełnie inną stronę, niż było to przyjęte we wcześniejszych produkcjach TVN. To mocny, inteligentny, bardzo dobrze zrealizowany, zagrany na niuansach i spojrzeniach serial dla wytrawnego widza, którego w końcu w komercyjnej stacji przyciągnięto produkcją na uczciwym poziomie.

„Raise Vibration” Lenny Kravitz

BMG

3/6

Po czterech latach od wydania poprzedniego albumu powraca dinozaur rockowego grania. W przypadku Lenny’ego Kravitza, to określenie może wydawać się może nieco obraźliwe. W końcu w porównaniu do swoich kolegów wygląda wciąż bosko, to jednak z lekkim niedowierzaniem dochodzi do mnie, że od jego debiutu płytowego minie w przyszłym roku trzydzieści lat. A Lenny jak to Lenny, wciąż bawi się swoją gitarą. I proszę tu nie mieć skojarzeń. To po prostu wirtuoz, który w rockowe męskie granie wprowadza elektryzujący, zmysłowy funk. W tej męskiej zmysłowości gra z słuchaczami na kolejnej płycie, która nacechowana jest przede wszystkim miękkością brzmień.

Lenny miał na swojej muzycznej drodze różne etapy, poszukiwał różnych dróg, które zawsze i tak sprowadzały się do rocka. Jego egzotyczna uroda niewątpliwie pomagała mu wytworzyć klimat swojego grania, który na słuchaczy działał jeszcze mocniej. Na wydanym właśnie albumie “Raise Vibration” te przyjemne wibracje muzyk postanawia podkręcić i wdaje się w mocny romans z soulem i funkiem. Miesza tutaj spokojne gitarowe granie z bujającymi brzmieniami z przełomu lat 70. i 80. Starzejący się Lenny zaproponował nam album przyzwoity, ale zbyt grzeczny, wymuskany w swoich brzmieniach, mocno przypominający niektóre dokonania Prince’a. Przyjemnie się tego słucha, ale tylko tyle. Dawniej potrafił on jeszcze działać na nasze zmysły, tutaj nie ma na to szans. Zabrakło drapieżności, męskości.