Notatnik kulturalny #72

29 października 2018, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

„Gradient” XXANAXX

Warner Music Poland

Nasza ocena: 4/6

Powtarza się to często, ale polska muzyka od lat elektroniką stoi. Mamy już trochę electro-popowych damsko-męskich duetów jak chociażby Rebeka, Linia Nocna, The Dumplings czy XXANAXX. Ten ostatni wypuścił ostatnio swój trzeci krążek, udowadniając tym samym, że pomimo bycia w tym samym nurcie co koledzy, podążą w swoim kierunku i robi to po prostu zawodowo i bardzo uczciwie.

Nowy krążek XXANAXX nie jest czymś odkrywczym w ich twórczości, ale też myślę, że nie o to tutaj chodziło. Konsekwencja też jest umiejętnością! A w tym wypadku otrzymujemy bardzo spójną opowieść. Opowieść mieniącą się melancholijnością, a właściwie przyjemnym chilloutem, który od czasu do czasu podbija nasze tętno mocniejszym, elektronicznym tempem. To taka spowiedź młodego człowieka pełna przeróżnych smaków. I tu należy chociażby wymienić świetny otwierający płytę utwór „Styropian” czy „Bardzo, bardzo” i „Czy nie wrócisz”. Niestety nie do końca rozumiem finał w postaci tytułowego utworu „Gradient”, który skręca w dość karykaturalną, mocno uwierającą me ucho stronę. Ale wypieram ten wybryk i wracam do reszty.

XXANAXX udowadnia swoją zasłużoną pozycję na naszym rodzimym poletku. Nowy album jest miękki, puszysty, różowy, pełny soulowych inspiracji i wpływów. A przy tym wszystkim bardzo konkretny i wartościowy, chociażby w warstwie tekstowej, która wypada najlepiej ze wszystkich trzech albumów duetu. Ja się przyznaje taki XXANAXX zażywam!

„Honey” Robyn

Konichiwa and Interscope Records

Nasza ocena: 6/6

Jeśli chodzi o muzykę to ten rok zdecydowanie lepiej wypada w Polsce, niż poza jej granicami. Mamy parę bardzo dobrych albumów, ale mimo iż zaraz czas podsumowań, jakoś nic nie wywołało powiewu świeżości. Brakuje pewnej jakości, która naznaczyłaby mocniej te dwanaście miesięcy, no bo mimo dobrej formy album państwa The Carters przełomowy nie jest. To wszystko na szczęście się zmieniło, odbijając się blaskiem długo wyczekiwanej, nowej płyty Robyn. Miód na moje nienasycone muzycznie serce.

Robyn to księżniczka skandynawskiej muzyki elektronicznej, która choć dla wielu może być dopiero odkryciem, na rynku muzycznym unosi się od dwudziestu lat. Mijająca obecna dekada gdzieś ją pochłonęła, by na osiem lat zapaść w artystyczną ciszę. Zadebiutowała w 1997 roku albumem, z którego pochodzi klasyk muzyki klubowej „Show me love”, by w 2010 roku za sprawą tryptyku „Body talk” ponownie rozłożyć karty na parkiecie, zgarniając przy tym trzy nominację do nagrody Grammy.

Wszystko się na szczęście zmieniło z wydaniem siódmego krążka zatytułowanego „Honey”, który polany jest modnym ostatnio sosem z lat 90. Robyn odnajduje się w tych wpływach bezbłędnie. Czerpie z takich gatunków jak new jazz swing, disco, muzyka house, aż po przeważający synthpop i jest w swojej życiowej formie. Tekstowo jak to u artystki, pełno miłosnych uniesień i rozczarowań ciągnących nas w dół. Nie pamiętam, która z popowych gwiazdeczek nagrałaby równie przebojowy, co wartościowy album. Warto było tyle czekać!

„Żołnierz królowej Madagaskaru” reż. Krzysztof Jasiński

Teatr Polski w Warszawie

Nasza ocena: 5/6

Z pomysłem wystawienia „Żołnierza Królowej Madagaskaru” Krzysztof Jasiński przekonywał dyrektora Teatru Polskiego kilka lat. Sztuka napisana przed wojną przez Juliana Tuwima i Stanisława Dobrzańskiego mocno wpisywała się w ówczesny wodewilowy klimat teatrów. Bo oto mamy historię statecznego Mazurkiewicza, który przybywa z Radomia, by zapanować nad grzeszną „warszawką”. No i ta forma, która, wydawałoby się, dziś jest już nie do przyjęcia!

A ta niby przedwojenna Warszawa jest pełna skandali, rozpusty, przaśnych i suto zakrapianych bali z polityką w tle i z niejednym romansem. Czyż to dziś nie jest piekielnie aktualne? Tuwim na stolicę jak znalazł, co udowadnia Jasiński, intensywnie i świeżo go czytając. Tutaj wszystkie elementy układanki idealnie ze sobą współgrają. Żart, problem, cała ta monumentalna warstwa wizualna i opracowanie muzyczne Krzysztofa Herdzina. Takie to wszystko aktualne, że żadne wystawienie antycznej tragedii tego nie przebije. Ten spektakl się je jak najlepsze czekoladki… z rumem rzecz jasna!

No nie zapominajmy są jeszcze aktorzy. Aktorzy wspinają się na wysokie szczyty, niezwykle inteligentnie bawiąc się swoimi postaciami. Jakby unosząc je na palcach, tańcząc z nimi foxtrota. To sztuka pełna barw i kontrastów, charakterów i problemów. Szczególnie mężczyźni w tej wodewilowej formie wypadają zaskakująco lepiej od kobiet. Zbigniew Zamachowski już od samego wejścia kradnie nasze serca, jest lekki, nieporadny, w kontraście do świetnego Szymona Kuśmidera, który jako Cabiński tworzy rolę niezwykle przejmującą, może najbardziej dziś aktualną, samotną w tej bestialskiej stolicy. Idąc dalej jest jeszcze bardzo plastyczny Tomasz Drabek jako Grzegorz, czy kradnący w finale całe show wyśmienity Krzysztof Kwiatkowski.

To co wydarzyło się w Polskim, przeszło moje wszelkie oczekiwania, a właściwie pokonało wszystkie obawy. Dawno nie czułem się w teatrze jak w miejscu, które poprzez sztukę, hipnotyzowałoby mnie jak ekran smartfona kilkuletnie dziecko. Oderwać oczu się nie dało, a i szczęka ze śmiechu opadała. Jeśli przyjąć założenie, że była to farsa, to w porównaniu do tego co serwuje się w stolicy, jest to najlepsza farsa na mieście. Warszawo ma, galopem do Polskiego!

Śledzisz na bieżąco wydarzenia ze świata kultury? Sprawdź czy nie przegapiłeś żadnej z nowości teatralnych, muzycznych i literackich! Oto nasz ostatniprzedostatni notatnik.