“Zimna Wojna” Pawła Pawlikowskiego – sukces polskiego kina

4 czerwca 2018, Jacek Górecki

Kultura

To co wydarzyło się na tegorocznej 71. edycji Festiwalu Filmowego w Cannes wielu się nawet nie śniło. Nie dość, że po latach naszej nieobecności, nowy film Pawła Pawlikowskiego dostał się do konkursu głównego, to jeszcze otrzymał nagrodę za reżyserię. Ale wszystkie laury, zachwyty i nieustające salwy brawa są w pełni zasłużone. Bowiem popełniono wielkie kino, wielką miłość. Specjalnie przed polską premierą recenzujemy dla was ten film!

Nowy mistrz?

Paweł Pawlikowski stał się właśnie nową twarzą polskiej kinematografii. Idąc śladami wielkich mistrzów, rozsławia swoim kinem nasz kraj, który jest przecież wypełniony ogromnym bogactwem kulturowym. Nie jest to oczywiście pierwszy rozgłos, jaki powstał przy jego filmach. Za swój pełnometrażowy, fabularny debiut „Ostatnie wyjście” otrzymał w 2001 roku nagrodę BAFTA dla najbardziej obiecującego brytyjskiego twórcy, by chwilę później za kolejny film, subtelne „Lato miłości” otrzymać tą samą nagrodę, tyle, że za reżyserię. Po przerwie wrócił z gwiazdorską „Kobietą z piątej dzielnicy”, by zaraz potem nakręcić przełomową, art-housową „Idę”, która zgarnęła kilkadziesiąt nagród na całym świecie, oczywiście z Oscarem wręczonym przez samą Nicole Kidman na czele. Teraz przyszła pora na kolejny rozdział w jego kinematografii, który już oczarował chociażby Julianne Moore, Cate Blanchett czy Benicio del Toro.

„Zimna wojna” nagrodzona za reżyserię Złotą Palmą tylko pozornie wydaje się powtórką z wychwalonej „Idy”. W ubranym w czarno białe zdjęcia stalinowskiej Polski filmie snuta jest ballada o wielkiej miłości. Akcja toczy się w latach 50. w powojennej rzeczywistości, w tle trwa tytułowa zimna wojna kilku państw. Po dwóch stronach Zula i Wiktor. Ona, młoda, debiutująca w ludowym zespole pieśni i tańca dziewczyna, jeszcze pełna naiwności. On, dojrzały mężczyzna, pianista w zespole o wyglądzie amanta z przedwojennego kina. Oboje z burzliwą przeszłością, która poniekąd naznaczyła ich charaktery, mierzą się z uczuciem do siebie. Uczuciem, które rozdziera zarówno czas, polityka i kraje, które przemierzają. To wszystko oczywiście na nic w zestawieniu z rozpalonym pożądaniem, jakim nawzajem się naznaczają. A wszystko przy dźwiękach najpiękniejszej muzyki dotykającej obszarów ludowych, rozkwitu szalonego jazzu, aż do francuskiej piosenki lat 60.

“Zimna wojna” zachwyca obsadą

Nie pamiętam, kiedy ostatnio ktoś wzruszył mnie i przypomniał o bogactwie tego kraju, tak trafnie za pomocą właśnie piękna sztuki, malując wszystkie nasze zalety, unikalności i ułomności zarazem. Pokazany w filmie kraj daje powody do wzruszenia i dumy, a to nie tak częste dziś uczucie. Bo czy jest coś ostatnio bardziej łapiącego za nasze gardła, niż wykonywana przez Joannę Kulig ludowa pieśń Mazowsza „Dwa serduszka, cztery oczy”?

Na całe szczęście, Pawlikowski nie idzie tu na żadną wojnę, pyskówkę, dalekie mu wszelkie kontrowersje i przepychanki. On, jak naiwny, młody chłopak jest pełen delikatności, zrozumienia, romantyzmu, tworzy wielowymiarową opowieść o dwójce ludzi, prezentując przy tym niemal całą historię tego kraju, uwypuklając jego wszystkie rany. Nie byłoby tego niezwykle naturalistycznego efektu, gdyby nie wybitna obsada filmu: Joanna Kulig, Tomasz Kot, Borys Szyc i magnetyczna w swej epizodycznej roli Agata Kulesza. Wszyscy oni ubrani w zdjęcia Łukasza Żala, który wprowadza w swe plastyczne kadry bicie serca. “Zimna wojna” to jest dzieło totalne!

Joanna Kulig jest obłędna w tym filmie. Mierzy ze sobą wszystkie sprzeczności młodego człowieka, który gubi się w zderzeniu z ogromem świata, Potrafi być naiwna, niezwykle prosta, cyniczna, niewinna, kusząca, bezczelna, zabawna i jeszcze zupełnie inne, pełna barw. Posiada w sobie wielkie bogactwo cech, które często w sobie dusi, bo niekiedy brak jej odwagi. Jest przesiąknięta kompleksami, i tylko pozornie tak wyszczekana. Jej Zula jest jak nasza przecudowna Polska, która potrzebuje takiego Wiktora, który pozwoli jej w pełni rozkwitnąć, nie zamykając jej żadnego płatka. Siła ich wielkich kreacji jest wstrząsająca, to ponadczasowe role, które przebiją serca, w każdym miejscu na ziemi, zarówno dziś, jak i za parę następnych dekad. Role Kulig i Kot są niejako z zapisu dokumentalnego, jakby byli sobą, a nie dwojgiem wykreowanych kochanków. Pozbyli się wszelkiej sztuczności i nieprawdy. Oni zwyczajnie się kochają.

Czym jest Miłość?

Zresztą nowy film Pawła Pawlikowskiego jest jednym wielkim wyznaniem miłości. Najpierw do samego uczucia, jakie wytwarza się między dwojgiem ludzi i prawdopodobnie jest najpotężniejszym, wciąż nieodkrytym sensem życia. To miłość do samej miłości, która w każdych czasach niepokoju, zarazy czy terroru, zagubienia naszych myśli i wyborów podtrzymuje nas na duchu, istnieniu. Miłość do człowieka, którą ogląda się na ekranie jak archaiczny obrazek z nostalgią i u tęsknieniem. To uczucie bardzo silnie wyznaje się też do wspomnianego kraju, do Polski, która dzięki Pawlikowskiemu, otrzymuje piękną pocztówkę z pamięci.

Jednocześnie mierzymy się z jej aktualnymi podziałami, gdzie miłość do ludzi zdaje się być zagubiona. Na końcu zaś to jest miłość do samej sztuki, idąc dalej kina, którego Pawlikowski jest wielkim koneserem. Widać to niemal w każdym ujęciu, który jest jak ruchomy obraz namalowany przez niezwykle świadomego i wrażliwego artystę. Miłość do kina, które splata ze sobą różne końce od Polskiej Szkoły Filmowej, która przecież posiada tak cudowne filmy o miłości jak „Pociąg” czy „Jak być kochaną”, aż po francuską nową falę, a nawet wyznający miłość do jazzu „New York, New York” Martina Scorsese.

Chciałoby się, po obejrzeniu nowego dzieła Pawła Pawlikowskiego, wrócić na moment do wspomnianego „Pociągu” Jerzego Kawalerowicza, by zacytować Martę graną przez Lucynę Winnicką: „Nikt nie chce kochać, wszyscy chcą być kochani.” Chciałoby się wrócić do tych wszystkich filmowych cytatów, żeby przy ich pomocy obudzić nas wszystkich, uśpionych na miłość. Nie zrozumie tego tylko ten, który wyprał się z tego wszystkiego i samotnie jak palec ciągnie przez życie. Wierzę jednak w moc tego filmu i niezwykle uniwersalny jego język oraz prowadzenie tematu, które może zdziałać cuda i pozwoli nam kochać. “Zimna wojna” to jeden z najpiękniejszych, ponadczasowych filmów ostatnich kilku dekad, wolnej Polski, pozornie wolnej miłości. Popełniono wielkie kino!