Wywiad: Agnieszka Krukówna

3 września 2018, Jacek Górecki

Kulturaludzie

Gwiazdą stała się niemal od razu, jako że grała za młodu w licznych filmach i serialach dla dzieci. Później, po skończeniu Akademii Teatralnej została okrzyknięta jedną z najzdolniejszych aktorek swojego pokolenia. Charyzmatyczna i zawsze zaskakująca. Agnieszka Krukówna wciąż przyciąga tłumy ludzi, a jej teatralne role budzą ogromne zainteresowanie i podziw, czego potwierdzeniem jest zbliżająca się premiera spektaklu „Mój pierwszy raz” w warszawskim Teatrze Polonia.

Jacek Górecki: Pamięta Pani swój pierwszy raz na scenie i emocje, które temu towarzyszyły?

Agnieszka Krukówna: To było przedstawienie dyplomowe „Miłość i gniew” w reżyserii Mariusza Benoit, które zrobiliśmy w Teatrze Powszechnym. Emocje, które były z tym związane były ogromne. Był to dramat psychologiczny o czwórce młodych ludzi, dla których dylematem była uczciwość w miłości.

Potem przychodzi też zmierzenie się z profesjonalną sceną.

Jeśli chodzi o teatr, to po czterech latach nauki w Akademii Teatralnej, nie był on w teorii czymś zaskakującym czy rozczarowującym. Był po prostu kontynuacją tego, co zaczęliśmy w szkole. Natomiast praktyka to oddzielny temat. Na widowni nie mieliśmy już widzów ze szkoły, tylko takich z ulicy, którzy przyszli zobaczyć pełną, profesjonalną sztukę.

I to był wielki sukces!

Dostałam wtedy nagrodę aktorską na Festiwalu Przedstawień Dyplomowych w Łodzi i angaż do teatru. Teatr Powszechny był wówczas marzeniem wielu młodych ludzi zaczynających w tym zawodzie, więc proszę sobie wyobrazić jakie to musiało być dla mnie poczucie szczęścia.

Znalazłem recenzję “Miłości i gniewu” Lucjana Kydryńskiego z Przekroju z 1994, który wychwala Panią i Michała Żebrowskiego, jako niezwykle ukształtowanych jak na swój wiek. Ta świadomość to jest wynik pracy w tym zawodzie od dziecka?

Od dziecka grałam już w filmach i miałam kontakt z profesjonalnymi aktorami na planie. Te wszystkie osoby, które spotkałam przed szkołą na pewno mocno mnie ukształtowały. Ale nie potrafię jednoznacznie stwierdzić co decyduje o sukcesie. Ocena krytyków i widzów często różni się od tego, co sami o sobie myślimy.

No właśnie, zanim skończyła Pani Akademię Teatralną miała Pani na koncie występy u takich reżyserów jak: Krzysztof Zanussi, Andrzej Wajda, Andrzej Barański, Juliusz Machulski, Radosław Piwowarski czy Steven Spielberg. Z perspektywy czasu żywy plan daje więcej niż edukacja w szkole?

To były dwa zupełnie inne miejsca, w których wymagano kompletnie czegoś innego. Na planie filmowym potrzeba było innej gotowości czy koncentracji, każda scena po nakręceniu była zamknięta i do niej się nie wracało. A teatr to proces. To przypomina sztafetę, gdzie jeden aktor drugiemu podaje słowa, intencje, wszystko musi się od siebie odbijać. W filmie zdarzało się, że nie miałam partnerów do grania za kamerą, bo było tak mało miejsca, że poza oświetleniem nic więcej się nie zmieściło.

Ten zawód jest kalkulacją?

Każdy zawód jest kalkulacją. Zresztą takie są czasy, że kalkulujemy wszystko, najczęściej nieudolnie. A jeśli coś nam się powiedzie, to najczęściej z dystansu wiemy, że szczęście to osoby, które spotykamy na swojej drodze i ciężka praca.

Czy dzisiaj, obserwując młodych ludzi, ta kalkulacja, ten proces, polegający na edukacji nie wyparł przypadkiem bycia, samo bycie jest czymś niewymagającym, a efektownym?

Kiedy skończyłam szkołę teatralną, to komercja dopiero wchodziła. To był początek kapitalizmu. Nie dziwi mnie, że ludzie chcą “zaistnieć”. Od momentu “zaistnienia” życie się zmienia, czasem na lepsze, czasem na gorsze. Ale nie zawsze wystarczy “być”, najczęściej trzeba pracować na to, żeby „być komuś potrzebnym”. Trzeba coś z siebie dawać.

Miała Pani to szczęście, że na początku swojej drogi trafiła do zaangażowanego zespołu.

Tworzyliśmy zespół, który był za siebie odpowiedzialny. Pamiętam, jak rano wyjeżdżałam do szkoły to wracałam z niej w bardzo późnych godzinach. Na szczęście nadal mam ten komfort, że pracuje z ludźmi, którzy się angażują w stu procentach w to co robią.

Z drugiej strony jest dostęp do wszystkiego, czyli teoretycznie młodzi ludzie na stracie powinni wiedzieć więcej.

Młodzi wiedzą bardzo dużo, chociaż nie potrafią tej wiedzy przekazać tak dobrze jak starzy. Doświadczenie w formułowaniu myśli powoduje, że starzy sprawiają wrażenie, że dużo więcej wiedzą, ale często po prostu potrafią się lepiej, trafniej wysławiać. A umiejętność wysławiania się kamufluje brak wiedzy.

Pani dzisiaj potrzebuje autorytetów?

Potrzebuję. Szukam ich wśród ludzi, z którymi mam kontakt, tj. wśród ludzi, którzy żyją wokół mnie, z którymi tworzę wspólnotę w pracy lub życiu osobistym. Nie szukam daleko, bo szerokość geograficzna, klimat, a nawet nawyki żywieniowe zmieniają optykę patrzenia na sprawy ważne.

Teatr Polonia jest dla Pani dzisiaj takim bezpiecznym azylem?

Na czas pracy, zespół w teatrze, w którym pracuję, staje się moją rodziną. I to wcale nie w przenośni. Tak bardzo zależy mi na tym, żeby wszystko wyszło pomyślnie i tyle czasu spędzam z ludźmi z teatru, że nawet rodzinie muszę odmówić uwagi.

Co Panią dzisiaj interesuje w teatrze, aktorstwie?

Interesują mnie skrywane namiętności, podróż w głąb człowieka. Sztuka “Mój pierwszy raz”, której premiera odbędzie się 6 września, jest poszerzeniem mojego warsztatu. Myślę, że to sztuka, która może wywołać w widzu przyjemne podniecenie i to bez użycia szokujących środków.

Rozmawiał: Jacek Górecki

fot. mat. prasowe