Annie Leibovitz: Oko na świat

10 sierpnia 2018, Jacek Górecki

Kulturaludzie

Naga Lady Gaga, posągowa Meryl Streep, Barack Obama przyłapany w Białym Domu, Bruce Springsteen na tle amerykańskiej flagi, Beyonce jako Alicja w krainie czarów czy narcystyczny Kanye West portretujący rodzinę telefonem. To tylko kilka ze słynnych zdjęć Annie Leibovitz, która od ponad czterech dekach portretuje najważniejsze głowy świata showbiznesu i polityki.

Kadry z dzieciństwa

Zamiłowanie do fotografii nie pojawiło się znikąd. Jak to najczęściej bywa w takich biografiach, zdjęcia towarzyszyły Annie od dziecka. Potrafiła godzinami przyglądać się fotografiom zamieszonym w albumach. Wpatrywała się w nie i uruchamiała wyobraźnię. To co widziała na zdjęciach było tylko pretekstem do rozwinięcia go w myślach. Tworzenia własnych, dalszych historii. Zresztą takie powinna mieć znaczenie fotografia, choć dziś, w dobie selfie i Instagramów, jest to dalekie wszystkim podejście. Leibovitz szczególnie mocno ukształtowały albumy: “The Decisive Moment” Henriego Cartiera-Bressona, “The Americans” Roberta Franka czy “Diary of a Century Jacques” Henriego Lartigue’a. To były przeważnie czarno-białe obrazy, które zatrzymywały czas, stawały się namacalną pamięcią. Były odbiciem od tego, co można było zobaczyć w kolorowych, modowych magazynach.

Fotografka urodziła się w żydowskiej rodzinie, w Waterbury w stanie Connecticut. To był 2 października 1949 roku. Jej rodzinny dom z pewnością mocno ukształtował jej niekonwencjonalne spojrzenie na świat. Miała na to wpływ matka Annie, która zajmowała się nauką tańca nowoczesnego. Ruch, który wytwarzała poprzez uruchomienie ciała, był nie do opisania dla małej dziewczynki, która miała szansę zobaczyć człowieka w stanie wolności, bez spinania żadnych części ciała. Ojciec Leibovitz także poniekąd otworzył ją na obraz. Co prawda był pułkownikiem amerykańskiej armii, ale z tym wiązało się częste podróżowanie po różnych bazach. Takie kadrowanie świata przez okno samochodu ciągle podróżującego po Ameryce było więc dla przyszłej legendy fotografii codziennością i najlepszą lekcją.

Z rodziną na zdjęciu

Leibovitz miała tylko jeden kadr na życie, kadr swojego aparatu. Wyjątkiem była jej miłość, partnerka Susan Sontag, wybitna amerykańska pisarka, z którą była od lat 80. Związek z Sontag trwał do śmierci jej partnerki w roku 2004. Annie zrobiła jej ostatnie, w dodatku pośmiertne zdjęcie w łóżku… Owocem tej miłości była czwórka wspólnych dzieci, które powstały z połączenia komórek jajowych i dawcy nasienia. Imiona ich dzieci to David, Sara, Samuel i Susan. To dzieci dopełniły obraz życia Annie Leibovitz. Były i są najważniejszym jego elementem.

Z wojny do gwiazd

Początki jej pracy sięgają 1970 roku, kiedy to młoda fotografka zaczęła pracę w prestiżowym, muzycznym magazynie Rolling Stone, gdzie dotarła do funkcji dyrektora. Stamtąd też została podkupiona przez luksusowy magazyn modowy Vanity Fair. A pomyśleć, że pierwsze próby rozwijania pasji odbywały się w San Francisco, gdzie jako młoda dziewczyna zabierała się z grupą rybaków na połów, podpatrując i fotografując ich pracę.

Z czasem zaczęły się pojawiać kolejne tytuły i kolejne zadania, jak te w 1986 roku, kiedy została oficjalnym fotografem Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej. Następnie była chociażby wojna w Sarajewie i inne reporterskie zadania, od których zaczynała w San Francisco. Szczególnie mocno odbiła się na niej wizyta w kostnicy. Zrozumiała wówczas, że podczas wojny, świat wygląda inaczej, niż pokazuje się go na zdjęciach. Więc silna i zdeterminowana Annie zaczęła go fotografować takim jakim jest. Później, po latach reporterskiej tułaczki, zaczęła patrzeć na gwiazdy. Oczywiście te na ziemi i portretować najważniejsze twarze świata.

“Portrety 2005-2016”

Pretekstem do zapoznania się z twórczością Annie Leibovitz jest wydany właśnie przez Wydawnictwo Rebis przepiękny album “Portrety. 2005-2016”. To tam znajdziemy między innymi przyłapanego w Białym Domu Baracka Obamę, ociekającą włoskim luksusem i seksem dojrzałą Sophię Loren, nagą Lady Gagę czy całą inna plejadę wpływowych nazwisk z pierwszych stron gazet. Zresztą te pierwsze strony czy też okładki dla Annie są dziś normalności. Jej zdjęcia zdobiły okładki najważniejszych tytułów: magazynów i modowych biblii, takie jak Vogue, Harper’s Bazaar, W., amerykańskich prestiżowych tygodników: Time, Newsweek, New York Times oraz Life i europejskich: Paris Match czy London Independent Magazine. A to tylko wciąż kropla w morzu pism, gdzie znalazły się zdjęcia Leibovitz.

Leibovitz zawsze powtarza, że bardziej od strony technicznej interesuje ją sama treść. To zdecydowanie wyróżnia ją na tle innych fotografów. Niezwykle mocno przeżyła przejście w 2006 roku na aparat cyfrowy, który był początkowo jej kompleksem, czymś co nigdy nie dogoni już drapieżności czarno-białych zdjęć analogowych. Ale jak to u Annie, wygrała treść, sama historia zdjęcia. W portretach zawartych w wydanym albumie jest jedna żelazna zasada, mają być one ponadczasowe.

Zdjęcia, które mówią

Fotografie Leibovitz posiadają przeważnie drugie dno, historię nieznaną dla widza. Ta wiedza jest zresztą niepotrzebna. Podobnie jak przypadku małej Annie, to wyobraźnia ma uruchamiać się i dopowiadać u każdego z osobna. Trzeba jednak przyznać, że nawet jeśli mamy zdjęcie zrobione w studio, to nigdy nie znajdziemy tam przypadku. Weźmy czarno-białe zdjęcie Sereny i Venus Williams, które niezwykle czule obejmują się na bliskim kadrze. To zdjęcie jest siostrzanym pojednaniem, a może wieczną rywalizacją? Zostało wykonane tuż po wygranym meczu Sereny z siostrą Venus.

Lokalizacje nigdy nie mogą być przypadkowe, takie założenie wyznaje fotografka. To co znajduje się za plecami bohatera, jakie posiada kolory, dźwięki czy zapachy jest zawsze uzasadnione. Tła samo w sobie jej nie interesuje. Jest chociażby opisywany w tym albumie taki portret Andrei Mediny Rosas, meksykańskiej działaczki i prawniczki specjalizującej się w prawach kobiet. Został on wykonany w Meksyku, na obrzeżach miasta, gdzieś nad ranem, na drodze, gdzie ustawiono mnóstwo krzyży, by uczcić porzucone tam martwe ciała wykorzystanych i zamordowanych kobiet. Na zdjęciu praktycznie nie widać tego tła. Liczy się portret i interpretacja. Leibovitz daje widzowi otwartość, jednocześnie na zbliżeniu na twarzy swojego fotografowanego bohatera wyciąga więcej, niż gdyby pokazała wszystko wprost.

W jednym z wywiadów, Annie Leibovitz wyznała, że to co dziś ją przeraża najbardziej to cisza, wszyscy są dla siebie obcy i nieśmiali. Przeważnie jest tak, że jak zaprasza gościa do studia, to każdy milczy, siedzi gdzieś w ciszy ze spuszczoną głową albo z nosem w telefonach. Nie potrafimy już rozmawiać, dodaje ze smutkiem fotografka. Ale tak jak tylko może, to tę pamięć o swoich „gościach” wyraża nie w słowie, lecz w obrazie. To jest jej dialog, rozmowa. Trzeba przyznać, że w jej fotografiach jest zapisana cała ta Ameryka, jej posągowy sen. Zajrzyjcie do niej przez zdjęcia Annie Leibovitz, współczesnej ikony fotografii!