Wywiad: Filip Chajzer

18 października 2018

ludzieMotoryzacja

Redakcja: Jesteś znany z upodobania do samochodów. Skąd wzięła się u Ciebie ta pasja?

Filip Chajzer: Pierwsze słowo, jakie powiedziałem w życiu, to było „kółko”. I tak mi się wydaje, że to była jakaś wróżba tej pasji, a właściwie miłości, bo faktycznie tak jest, że wszystko to co dudni, huczy, jeździ i to najlepiej w miarę szybko, to jest to co uwielbiam. To moja pasja. Skąd się wzięła? Nie wiem. Mam benzynę we krwi, jak to mówią.

Jesteś też fanem oldtimer’ów, zgadza się?

Najprościej byłoby się zachwycać nowymi modelami, technologiami rodem z kosmosu, z NASA, natomiast to nie jest ten kierunek, bo jak się kocha, to się kocha za wszystko. Ja samochody kocham za wszystko, ze wszystkim ich ułomnościami. A jak wiadomo, auta w latach 80. składały się głównie z ułomności (śmiech)

Jednak nie przeszkodziło mi to kupić poloneza, który rozpadł mi się w trakcie jazdy na autostradzie w Niemczech. Odpadła mi od niego kierownica i drążek zmiany biegów. W trakcie jazdy! To było nie lada przeżycie. On po prostu eliminował zbędne elementy. Stwierdził, że się upgrade’uje na automat. Koła na szczęście zostały (śmiech). Tak oto tym polonezem przejechałem 5 tys. kilometrów w drodze na Sycylię i z powrotem. Udało się, na szczęście.

Ciekawa historia wydarzyła się też, gdy kupowałem ten samochód. Przychodzę do ojca i mówię, zobacz, mam taki samochód jak Ty kiedyś. Czy to nie wspaniałe? On tak na mnie patrzy i mówi: to ja całe życie pracuję, aby nie jeździć tym gównem, a Ty z własnej woli wydajesz na to pieniądze? To jest skandal! (śmiech)

Na całe szczęście, to nie był samochód do użytku codziennego. Raczej by się nie dało. Ale udało się z niego zrobić coś dobrego. Był najwyżej wylicytowaną aukcją w zeszłym roku w Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy, zapłacono na niego 67 100 zł. Sebastian Kulczyk dziś nim jeździ po Londynie. Ma go w swojej wielkiej kolekcji, w której są naprawdę nie lada klasyki za miliony euro.

A czym się poruszasz na co dzień?

W garażu mam miejsce na 3 samochody. Jeden z nich to jest auto rodzinne, na trasę, taki, w którym wszystko się musi zmieścić. I ten samochód traktuję bardziej jako środek transportu, jako rzecz użytkową. To jest Volkswagen Touareg. Uważam, że to jeden z najlepszych Volkswagenów w historii tej firmy. Miałem wiele samochodów tej marki, ale ten jest wyjątkowy. A do tego, gdy się widzi jak się sprawdza na trasie, ile pali i jak przyspiesza, no to jest w ogóle ideał.

Drugi samochód to musi być kabriolet. Jak tylko wychodzi słońce, jest 15 stopni, to ja muszę to czuć w samochodzie. Lubię powietrze, lubię wiatr, zapach wiosny. A że spędzam bardzo dużo czasu w aucie, to właśnie dlatego jest to kabriolet. A trzecie miejsce to jest właśnie klasyk. Tym razem klasykiem jest Golf 2, mój rocznik. Bardzo długo szukałem samochodu, który „urodził się” w tym samym miesiącu i roku co ja. I tak rzeczywiście jest. Listopad 1984.

Widać u Ciebie dużą miłość do Volkswagena.

Już jakiś czas temu wybrałem tę markę. I nie tylko ja. Ostatnio śmiałem się z tego, że przy każdym spotkaniu rodzinnym, mamy jednocześnie zlot marki. Ja jeżdżę Touareg’iem i Golfem, tata jeździ Arteonem, Weronika jeździ Volkswagenem T-roc, mama jeździ Golfem Sportsvan’em, no i jeszcze parę osób w dalszej rodzinie. Za każdym razem jak mamy grilla, mamy zlot Volkswagenów. (śmiech)

Czym dla Ciebie w ogóle jest samochód – to środek transportu czy coś więcej? Warto go mieć na własność czy wystarczy po prostu móc swobodnie z niego korzystać?

Ostatnio powoli słaniam się ku temu, że posiadanie samochodu jest zupełnie bez sensu. To się mija z celem. Mam na myśli tutaj samochody nowe, te, których używa się na co dzień. Bo sytuacja inaczej wygląda w przypadku samochodów starszych czy używanych. To jest niepotrzebne. Jeśli chcesz mieć samochód używany, to musisz wydać na niego gotówkę. Tylko po co w gruncie rzeczy wydawać gotówkę? Przecież lepiej mieć ją na koncie, po to, żeby zrobić remont w domu, itd. Za samochód płacimy wtedy, gdy z niego korzystamy. I płacimy adekwatnie do tego, jak i ile z niego korzystamy, czyli np. ile kilometrów przejechaliśmy.

Ja nie przywiązuje się do rzeczy. Wychodzę z założenia, że mniej znaczy więcej. Więc po co posiadać? Przecież fajniej gdyby ktoś inny to posiadał i jednocześnie za to odpowiadał. Ja mam, użytkuję, ale za nie na mnie spoczywa odpowiedzialność za to. Płacę ratkę, a po 3 latach oddaję. A przecież fajnie, jest mieć nowy samochód co trzy lata. Niefajnie? Samochody się nudzą. Tak jak dziewczynom nudzą się sukienki. Tak też bywa z samochodami. Czyż nie jest tak?

A najgorsze to jak jeszcze nie chcą się psuć. Tak je się teraz robi. Jesteśmy znudzeni samochodem, ale nie mamy pretekstu, aby go zmienić. Bo zapłaciliśmy za niego niemałe pieniądze. On się nie psuje, i tak jeździmy 15 lat i już nam się robi niedobrze, jak do niego wsiadamy. Dlatego dobrze jest zmieniać samochód i jeszcze mieć do tego pretekst.

Jaki jest Twój wymarzony samochód?

Przez całe dorosłe i świadome życie, w którym już zarabiałem takie pieniądze, że z grubsza stać mnie na to, co chcę mieć, zawsze uważałem, że moim docelowym samochodem będzie Volkswagen Touareg. Długo na niego czekałem, bo ten model, który był wcześniej na rynku jakoś mnie nie pociągał, więc długo czekałem na ten najnowszy model, który był zapowiadany jako absolutna rewolucja wszystkiego co jest na polskim i na światowym rynku motoryzacji. I faktycznie, nie zawiodłem się. Wiem, że to jest dokładnie to, czego potrzebuję i to, o czym marzyłem. Samochód tak wygodny, że jak wkładasz do niego dziecko, to ono zasypia po dwóch minutach.

A jakie funkcje czy cechy musiałby mieć Twój wymarzony samochód przyszłości?

Musi się genialnie parkować w mieście, dlatego, że 80% czasu, który spędzam w samochodzie, spędzam w mieście. I to jest cały czas przeparkowywanie się z miejsca na miejsce, z ulicy na ulicę, więc nie może być zbyt obszerny. Jednak z drugiej strony, musi być spore wnętrze, aby dało się do niego włożyć jak najwięcej gratów.

Nie jestem wielkim fanem tych wszystkich nowinek, które teraz są wprowadzane, jak dotykowe ekrany, gdzie nie mamy żadnych analogowych guzików. Ja jednak lubię je czuć pod palcem, bo wtedy nie muszę patrzeć na to, co robię na desce rozdzielczej, tylko po prostu przekręcam, więc jednak jakąś formę analogowości bym zostawił.

Musiałby się też sam prowadzić. Uważam, że systemy asystujące, które już dzisiaj są świetne, powinny być cały czas rozwijane. Dlatego że samochód, który potrafi sam utrzymać swój pas ruch i odpowiednią prędkość względem poprzedzającego samochodu, to jest genialne rozwiązanie.

A jeszcze gdyby się dało spuścić kierownicę na pół godziny z oka. Ile rzeczy można by załatwić w samochodzie! Taką robotę, na które poświęcamy czas i załatwimy ją w domu, przynosząc ją z pracy, gdzie się nie wyrabiamy. Czyż nie byłoby to genialne? Mamy, powiedzmy, 40 minut jazdy, która jest totalną stratą czasu. Nie robisz nic, tylko po prostu się przemieszczasz, więc fajnie by było móc ten czas wykorzystać na coś konstruktywnego.

Jakim jesteś kierowcą? Jak się sam oceniasz?

Zależy którym samochodem jadę. Nie potrafię ocenić czy złym czy dobrym. Jak jadę moim codziennym samochodem, to jestem też zwykłym kierowcą. Jeżdżę podobnie jak inni. Jak jadę klasykiem, to jadę dostojnie. Bo klasyk nie musi jechać szybko ani ryczeć silnikiem. Ma po prostu cieszyć ulicę. I cieszy, rzeczywiście, nawet jeśli to jest Golf 2.

Jak się spieszę, to mi się zdarza zdenerwować. Choć z tym jest ciekawa sprawa. Bo z jednej strony, jak się człowiek spieszy, to wygraża wszystkim, śle inwektywy, itd., ale kiedy jedziemy na luzie i widzimy jakiegoś innego, nabuzowanego kierowcę, to sobie myślimy, co za człowiek, czy on nie może wyluzować, itd. (śmiech)

Jaka jest przyszłość mobilności samochodowej, według Ciebie? Współdzielenie i samochody „na minuty”, elektryczne i autonomiczne, latające „taksówki”, wszechobecna i sprawna komunikacja zbiorowa czy może inna wizja?

Przede wszystkim jestem wielkim fanem carsharingu. I korzystam z niego właściwie codziennie.  Mieszkam na osiedlu, gdzie wieczorem te samochody są bardzo często odstawiane, bo tam kończą swoje kursy, więc rano zawsze są dostępne. Biorę takie auto, jadę nim do pracy, płacę mniej niż za taksówkę z aplikacji, nie musze gadać z kierowcą, jeśli nie mam na to ochoty, więc mogę sobie pobyć sam. Zostawiam go pod pracą, nie płacę za parkomaty, bo to już jest opłacone w ramach usługi. Taki kurs mnie kosztuje 15 zł z mego osiedla do centrum.

Więc gdybym sobie policzył, ile muszę płacić na mój samochód, który większość czasu stoi przecież w garażu, no to się to zupełnie nie opłaca. A jeśli miałbym już kupować kolejny samochód, to z pewnością wziąłbym go w tym systemie długookresowego wypożyczenia, żeby nie posiadać. W Polsce wciąż jeszcze panuje przekonanie, że aby mieć samochód, to moje nazwisko musi być w dowodzie. W końcu, to mój samochód, zapłaciłem za niego. Wciąż towarzyszy nam ta potrzeba posiadania. Jednak jak się to podliczy, to wszystko wygląda inaczej. To nie jest wróżenie czy jakieś odczucie. Robisz tabelkę i liczysz ile kosztuje cię ten samochód, ile kosztuje miesięczne utrzymanie, a w drugiej tabeli sprawdzasz, ile kosztuje cię rata.

Myślę też, że w przyszłości, taksówki w takiej formie, w jakiej my je pamiętamy czy nasi rodzice i dziadkowie, nie będą już istnieć. Już teraz, nowe formy taksówek, np. Uber, Taxify są poniekąd sharingiem usługi. Przyszłością jest nieposiadanie, tak w wielkim skrócie.

Zdj. Instagram Filipa Chajzera