Jestem Pamięcią. Wywiad: Gołda Tencer

9 sierpnia 2018, Jacek Górecki

Kulturaludzie

JESTEM PAMIĘCIĄ

O pamięci mówimy coraz rzadziej, bo łatwiej jest przeszłość zastąpić szybkim, nowym wspomnieniem. Na szczęście jest taka postać jak Gołda Tencer – polska aktorka, reżyserka, piosenkarka, działaczka kulturalna żydowskiego pochodzenia. Kobieta instytucja. To dzięki niej pamięć o kulturze żydowskiej wciąż żyje, pomimo, iż wraz z całym zespołem Teatru Żydowskiego została wyrzucona z budynku. Posłuchajcie jej.

Jacek Górecki: Jak to jest, w czasach szybkich emocji, chwilowych wspomnień, właściwie czasach, kiedy młodzi ludzie żyją bez własnej tożsamości, być pamięcią?

Gołda Tencer: Trudne pytanie… Ojczyzną Żydów jest pamięć i to jest moja ojczyzna. Przynajmniej dopóki ja jestem na tym świecie, to tę pamięć będę pielęgnować i przekazywać młodym ludziom. Bez pamięci nie ma żadnej przyszłości. Nie możemy żyć tylko teraźniejszością, albo tym co będzie. Musimy wiedzieć i pamiętać jeszcze o tym co było. To wszystko nas kształtuje jako ludzi. Oczywiście jako młoda osoba też za mało pytałam rodziców o historię.

Zresztą ten dom przesiąknięty był Holokaustem i za bardzo nie chciano o tym mówić. Mój tata Szmul Tencer razem z całą rodziną trafił do warszawskiego getta, gdzie potem przez Majdanek, Auschwitz do Mathausen, gdzie został wyzwolony. W czasie wojny zginęła niemal cała jego rodzina. Ja jako dziecko nie miałam dziadków, wujków, cioć. Byłam sama. Dzisiaj młodzi ludzie sami muszą po tę pamięć sięgać, dlatego, że w szkołach jej nie ma. Przed rocznicą marca 68’, gdyby zrobić sondę wśród młodych ludzi, to myślę, że prawie nikt by nie wiedział z czym wiąże się ta data. Dlatego staram się jak mogę być tą pamięcią.

Ta pamięć sięga do Łodzi, Pani Miasteczka Bełz.

Tak je nazywam, zawsze mówię, że Łódź jest dla mnie czarno-biała. Ale to pozytywne barwy i pełne sentymentu. Tam mieszkałam, tam się wychowałam i miałam przyjaciół. Teraz jak tam przyjeżdżam, to czuję ogromny ból, bo już nie mam gdzie wejść. Nie mam nikogo, do kogo mogłabym zapukać. Wszyscy wyjechali, zostali wypędzeni, bądź odeszli z tego świata.

Mój dom, kamienica ciągle stoi w nienaruszonym wręcz stanie, nawet ta sama farba jest na klatce schodowej i toaleta na podwórku. To wszystko wygląda gorzej niż 50 lat temu. Ale dalej nie wejdę jak tylko na pierwsze piętro, nie jestem w stanie podejść wyżej, gdzie był mój dom. U nas w domu było takie hasło, tata zawsze nas pytał: dzieci gaz zgaszony, sztaba zamknięta? Spotkałam kiedyś Pana, który tam mieszka. Zapytałam tylko czy jest jeszcze ten bojler z gazem i sztaba na drzwiach, powiedział, że nie ma. Nie wejdę już tam.

Ale to może dobrze, że ta pamięć, cała ta kamienica nie została przez te nowe czasy zburzona i naruszona?

Nie wiem… zapuszczona też bardzo boli. Mój dom płacze, a ja, jak tam podchodzę, to płaczę z sentymentu razem z nim. Wszystko jest tak samo. Te same ubikacje na klatkach czy podwórku, ci sami ludzie piją pod bramą, strzegą mieszkańców, okoliczne pijaczki. Mam sentyment do Łodzi, ale to ludzie tworzą miasto i ludzie tworzą domy, ja nie mam gdzie tam wejść. Chociaż piękne jest to, że mój zbliżający się jubileusz 50-lecia pracy będę obchodzić w Łodzi w Teatrze Nowym. To miasto jest moją niespełnioną miłością.

Ten jubileusz miał swój początek w 1969 roku. Pani, naznaczona pamięcią, staje tu na scenie Teatru Żydowskiego.

Zawsze moim marzeniem był Teatr Żydowski. Od dziecka grałam w różnych przedstawieniach w języku jidysz. Wiedziałam, że to jest moje miejsce, chociaż jak tu przyjechałam po marcu 68’ i stanęłam na scenie, to na publiczności siedziało może z piętnaście osób. Łzy mi po policzkach płynęły, myślałam co ja tu robię, tu już nikt nie został. Szybko się przekonałam, że muszę tu zostać, to jest moje miejsce. Teatr Żydowski jest moim domem. Myśmy wszyscy po marcu 68′ odbudowali ten teatr z Szymonem Szurmiejem, który był jego dyrektorem przez 45 lat. Staram się jego drogę, a wcześniej Idy Kamińskiej teraz kontynuować.

Ten jubileusz zatacza przerażające koło. Kiedy zaczynała Pani w tym miejscu, było tuż po marcu 68’ roku, wyrzuceniu Żydów z Polski. Dziś obchodzi Pani 50-lecie pracy, w momencie wyrzucenia Żydów z Teatru Żydowskiego.

Ja ciągle wierzę w to miejsce, pomimo iż wyrzucono nas na ulice, nie pytając czy mamy gdzie iść. Zburzono nam nasz dom. Towarzystwo Społeczno – Kulturalne Żydów w Polsce nie zapytało czy w tej sytuacji nam nie pomóc. Kiedy broniłam tego miejsca, wyrzucono mnie z Towarzystwa. Nic ich nie interesowało, nawet nie pozwolono nam zabrać mojej ukochanej kurtyny, która miała w sobie całą historię tego miejsca. To było dla nas wszystkich traumą, z której myśleliśmy, że się nie pozbieramy.

Na szczęście jestem osobą, której jeszcze się chce. Doszliśmy do tego momentu, że gramy gościnnie w dziesięciu miejscach w Warszawie od Zachęty, garnizonu wojskowego, po Teatr Polski czy TR Warszawa. Mamy znakomity zespół czy teatr. Chciałam wszystkim pokazać, że, pomimo iż nie pozwolono nam w naszym budynku zagrać „Skrzypka na dachu”, to wyszliśmy na ulicę i zagraliśmy na Placu Grzybowskim. To było pokazanie, że można i że trzeba! Kultury nie można zabić. Zawsze myślałam, że teatr tworzy budynek. Dziś wiem, że potrzeba tylko ludzi.

Wierzy Pani w ludzi?

Niedobrze byłoby gdybym nie wierzyła. Wie Pan, różni są ludzie. Nie chcę rzucać nazwiskami, ale to, że nie ma nas w tamtym teatrze, budynku to jest sprawa Pana przewodniczącego, którego my, jako zespół sami wybraliśmy, postawiliśmy i zaufaliśmy. Okazało się, że dla niego było coś bardziej istotnego niż kultura żydowska. Ale wierzę w ludzi, w tę publiczność, która ciągle idzie za nami i mam wrażenie, jest jej coraz więcej.

Ten dziś bezdomny Teatr Żydowski za Pani kadencji dotknął czegoś nadzwyczajnego, wręcz rewolucyjnego. Mianowicie dopuściła Pani do głosu nowe pokolenie twórców. Wielu z nich zalicza się do najważniejszych obecnie w teatrze. Powiedziała Pani na początku swojej drogi dyrektorskiej, że chce Pani przewietrzyć to miejsce, ale żeby uniknąć przeciągu. Udało się?

Uwielbiam w życiu ryzykować. Dużo myślałam nad repertuarem i nad tym, że teatr musi się nieco zmienić, pokazać w innej, nowej odsłonie. To linia, która zachowuje Teatr Szymona Szurmieja, Idy Kamińskiej, ale jest też przewietrzeniem. Uważam, że mi się udało. Zrobiłam w zeszłym sezonie jedenaście premier, pomimo, iż nie mamy swojego stałego miejsca. Ten sezon też zapowiada się niezwykle, reżyserować u nas będzie Andrzej Krakowski, Maciej Wojtyszko, Olga Lipińska czy Wojciech Kościelniak. A to tylko początek wielkich obchodów 70-lecia teatru.

W tym roku, w rocznicę powstania w getcie, zasadziła Pani drzewo, drzewo matki polskiej żydowskiej. Czy nie jest trochę tak, że to Pani dzisiaj jest tą matką, co pod swą opieką trzyma tych najmłodszych i najstarszych?

Cieszę się! Moi przyjaciele szykują taki katalog na moje 50-lecie, gdzie piszą o mnie różne teksty, ubierając to właśnie w takie słowa jak Pan mówi. To, co zrobiłam dla kultury żydowskiej jest dla nich właśnie takim gestem matczynym. Trzydzieści lat temu założyłam Fundację Shalom, która jest pamięcią tradycji żydowskiej w Polsce. Do inicjatyw fundacji należy Centrum Kultury Jidysz, Uniwersytet Żydowski czy Uniwersytet Trzeciego wieku, a nawet ostatnio założyliśmy przedszkole żydowskie. No jest jeszcze Festiwal Warszawa Singera, gdzie przyjeżdżają ludzie z całego świata, moi przyjaciele z nieistniejącej dziś żydowskiej szkoły im. Icchoka Pereca w Łodzi. Wszystko to, co robię jest pamięcią 6 milionów zamordowanych Żydów. Oni nie mogą dziś tworzyć tej historii, opowiadać o bogactwie naszej kultury.

Skoro jesteśmy przy Festiwalu Warszawa Singera, to jak będzie wyglądała tegoroczna edycja?

Może opowiem o finale, w którym będzie grał Ara Malikian, charyzmatyczny skrzypek i kompozytor, który gra Paganiniego, Mozarta, Vivaldiego w repertuarze żydowskim, łączący w swej muzyce wątki żydowskie, arabskie, argentyńskie, hiszpańskie i romskie. Choć wcale nie jestem internetowa, to zobaczyłam go w Internecie, gdzie jego występ miał 7 i pół miliona wyświetleń. Będą też po raz pierwszy japończycy z muzyką klezmerską, teatr z Izraela, dużo jazzu, Masecki, Młynarski, warsztaty, wykłady, a to tylko mała garstka naszego programu.

Jest Pani nie tylko „pamięcią”, która gromadzi wspomnienia i historię, ale także liczne przedmioty, które przychodzą do Pani się przez lata. Jako ta matka polska żydowska, gdyby mogła Pani obdarować wszystkich ludzi na świecie jednym swoim przedmiotem to jaki byłby to przedmiot?

Pan zadaje przepiękne pytania… Ale zgadza się, mam naturę chomika, gromadzę wszystko to, co do mnie trafia. Dla mnie najważniejsze są z pewnością przedmioty, które zachowały się  z mojego domu rodzinnego; fartuszek szkolny, laurki dla moich rodziców, medalion, który noszę na szyi, a w nim wszyscy moi najbliżsi. A czym bym chciała obdarować wszystkich innych ludzi na świecie?… Pamięcią. Chciałabym, żeby ludzie nie zapominali o tym, co się wydarzyło, żeby nie zapominali skąd pochodzą, jaką mają historię, kim są. Chciałabym, żeby ta pamięć była pielęgnowana jak taki drogocenny przedmiot.

Rozmawiał: Jacek Górecki