Leciałem 28 000 km/h, na ziemi nigdzie się nie spieszę – wywiad z gen. Mirosławem Hermaszewskim

16 lipca 2018, Marek Wieliński

ludzieMotoryzacja

Na początku był wymarzony kurs szybowcowy, a po nim – słynna Szkoła Orląt w Dęblinie. Generał Mirosław Hermaszewski jest pierwszym – i jak do tej pory, jedynym Polakiem, który był w kosmosie. Jego lot rakietą Sojuz-30 rozpoczął się 27 czerwca 1978 roku. Dzień później, kapsuła z dwoma kosmonautami: Mirosławem Hermaszewskim i Piotrem Klimukiem, zacumowała do stacji kosmicznej Salut-6. Kosmos okazał się być zarazem piękny i przerażający. To było jak sen, bo z wysokości 363 km, ziemia wygląda zupełnie inaczej. W czasie ośmiu dni lotu, 126 razy okrążyli ziemię i wykonali 14 eksperymentów, by 5 lipca bezpiecznie powrócić na ziemię. Z okazji 40-lecia tego wydarzenia, z jedynym Polakiem w kosmosie postanowiłem porozmawiać trochę… o samochodach.

alt mirosław hermaszewski wywiad

Marek Wieliński: Samoloty, nie wspominając już o kosmicznych rakietach, są niezwykle szybkie. Piloci nie tylko są oswojeni z wysoką prędkością, ale wręcz ją uwielbiają. Bywa, że to uwielbienie przekłada się także na drogę.

Mirosław Hermaszewski: Nie trafił pan z tym porównaniem, dostałem w życiu tylko jeden mały mandacik – za przekroczenie prędkości o 7 km/h. To było parę lat temu. Zagapiłem się w jakiejś wiosce, niedaleko Człuchowa. Do niedawna było tam tak, że co wioska – to fotoradar. Stały chyba ze trzy, pod rząd. A jak jest prosta droga, człowiek się czasem zamyśli i… nie spodziewa się, że go ktoś „zza krzaka” sfotografuje.

To jakim Pan jest kierowcą, Panie Generale?

Wydaje mi się, że jeżdżę rozsądnie. Jeżeli chodzi o prędkość, to się wyszalałem w powietrzu. Wielokrotnie lądowałem naddźwiękowym myśliwcem na autostradzie, w ramach ćwiczeń. Uważam, że jeździmy dobrze, lecz zawsze znajdzie się paru kierowców, którzy nie przestrzegają podstawowych zasad. Co mnie boli? Nie potrafimy korzystać z kierunkowskazów. Po drugie, nadmierna prędkość. Jej skutkiem jest zawsze jakieś nieszczęście. Sam nie wykorzystuję pełnych możliwości swojego samochodu i nie chwalę się, że dojadę do Wrocławia w ileś tam godzin. Niektórzy mówią, że dany dystans można pokonać np. w cztery godziny, albo i mniej. Mnie wystarczy pięć, pięć i pół. Po drodze trzeba się czasem zatrzymać, odpocząć, wypić herbatkę.

Ma Pan swój samochód marzeń?

Czasami… marzy mi się jeszcze lepszy i jeszcze szybszy – a jak się o czymś marzy i się od siebie wymaga, to… może być tak, jak w moim przypadku. Marzyłem by zostać pilotem, a byłem nawet ponad marzeniami. Dziś dla mnie ważne jest, by samochód był wygodny, dobrze trzymał się drogi i żebym z łatwością mógł w nim zamontować fotelik dla wnusia, który uwielbia jeździć z dziadkiem. Mój obecny samochód pali całkiem rozsądnie, a jak się człowiek nie spieszy – to nawet bardzo mało (śmiech).

A jaki był Pana pierwszy samochód?

Ojej, wstyd się przyznać, bo dopiero mój pierwszy prywatny samochód to… nagroda za lot kosmiczny. Polonez w kolorze „zieleni stepowej”. Jeżeli dobrze pamiętam, był to chyba osiemsetny egzemplarz. Wzbudzał ciekawość. Byłem zaskoczony, że dostałem taką nagrodę. Po paru latach, spod jego lakieru coś brązowego zaczęło wyzierać, ale na tamte czasy… był to bardzo elegancki samochód. Po tamtym Polonezie był… kolejny Polonez, a po nim – jeszcze jeden. Później miałem Forda Mondeo, Citroena XM, a teraz mam inny, bardzo wygodny.

alt mirosław hermaszewski wywiad

Nie marzył Pan o sportowym samochodzie?

Nie, takie mnie nie interesują. Natomiast bardzo podziwiam Krzysztofa Hołowczyca. Fantastyczny człowiek, silnego charakteru. Kiedy startował w Dakarze, zawsze dumnie prezentował na piersi polską flagę. Tak jak ja – z dumą nosiłem ją na moim skafandrze. Pan Krzysztof zawsze mówi o patriotyzmie. W wywiadzie powiedział kiedyś, że gdyby ojczyzna była w potrzebie, jest gotów stanąć w jej obronie. To jest gość!

Kiedy zdał Pan egzamin na prawo jazdy?

W 1963 roku, będąc słuchaczem Wyższej Szkoły Oficerskiej Sił Powietrznych w Dęblinie – wtedy była taka możliwość. Jeździliśmy ciężarowym „Lublinem”. Podczas zmiany biegów trzeba było robić w nim przegazówkę, bo nie miał zsynchronizowanej skrzyni. Jeździłem też „Gazikami”, „Warszawą”, próbowałem jazdy autami dostawczymi. Jeździłem moimi sam z przyczepą kampingową, a także kamperem.

Z jakimi prędkościami startowały myśliwce, którymi Pan latał?

Mój MiG-21, na którym latałem najwięcej, odrywał się od ziemi przy około 320 km/h. Pierwsze wersje tego samolotu wymagały nieco wyższej prędkości podczas podchodzenia do lądowania, około 360 – 380 km/h. To wyższa prędkość od tej, którą osiągały w locie przedwojenne myśliwce… Prędkość przyziemienia wynosiła ok. 340 km/h. W kolejnych wersjach, które miały mechanizację skrzydeł i nadmuch powietrza na klapy, prędkość przyziemienia spadła do 310 – 315 km/h. Ach… fajnie, jak walnie się kołami w beton. Wtedy człowiek czuje, że jest na ziemi (śmiech).

Wyżywał się Pan za sterami, ale nie w samochodzie…

Otóż to, lecz trzeba było jeszcze sobie stawiać cele. Pilnować określonej linii, by nie zboczyć ani o metr i lądować w dokładnie określonym punkcie. Tak tam wirtuozeria (śmiech), zwłaszcza na autostradzie. Z kolei by wejść na orbitę, poruszałem się z prędkością 8 km/s, w przeliczeniu ok. 28 000 km/h. To gdzie ja będę jeździł 150 km/h? Toż to śmiech. Jak dla mnie, żadna prędkość. Ale jej nie przekraczam. Bo i po co? Nie spieszę się. Powiem szczerze, nawet na autostradzie jadę 120 km/h, a wtedy samochód mniej pali. Przy 110 km/h moje auto zużywa ok. 6,5 l/100 km, a gdy jadę 140 km/h – strzałeczka paliwomierza mknie ku dołowi. Więc po co?

Taka podróż… To naprawdę musi być coś, co zostaje w pamięci na zawsze. Jak jest kosmosie?

Ciemno i straszno. I bardzo fajnie, wręcz fantastycznie. To nierealny świat, trochę wirtualny. Zupełnie inny. Inny jest w nim nawet sposób poruszania się, mycia, jedzenia. Po więcej odsyłam do mojej książki „Ciężar nieważkości”, w której to opisałem. Gdybyśmy tam teraz ze sobą rozmawiali… to brak grawitacji, siły ciążenia sprawiłby, że przemieszczalibyśmy się w powietrzu… jak piórka. Gdybyśmy się teraz tam znaleźli i ustawili do siebie pod kątem 180 stopni, nie wiedziałbym jaki pan ma wyraz twarzy, co ma pan na myśli – tak jak teraz to widzę. Proszę spróbować to sobie wyobrazić. Nie widać wyrazu twarzy… a jeszcze trudniej jest pracować.

My zaś nie byliśmy tam tylko po to, żeby podziwiać świat i później o tym opowiadać. Polecieliśmy do pracy. Bardzo ciekawej, lecz wymagającej dużo ruchu. To było potwornie ciężkie zadanie, bo nasz otolitowy aparat równowagi… nie rozumie co to znaczy, że nie wie gdzie jest góra, a gdzie dół. Są bardzo złe odczucia, co prowadzi do zmęczenia i czasami… bardzo złego samopoczucia. Jeżeli się dużo trenuje na ziemi, na obrotowych krzesłach i w wirówkach, to po 2-3 dniach – po przejściu okresu adaptacji – można się cieszyć, a nawet wygłupiać.

Pilotem został Pan wcześniej, niż kierowcą. Na początku były szybowce?

Tak, byłem wtedy nastolatkiem. Przerażonym, bo udało mi się w szybowcu rozwinąć „prędkość życia” – 120 km/h. Wtedy było to dla mnie coś niesamowitego. Z czasem przesiadłem się na inne „aparaty latające” i zagadką była dla mnie prędkość 1000 km/h – ale tę osiągnąłem już na MiGu-15, jeszcze w szkole, w Dęblinie. Prędkość dźwięku, to było coś. W Poznaniu, na MiGu-21 – był to mój czwarty, może piąty lot – wystartowałem do tzw. „strefy”, żeby wykonać prosty pilotaż. Startowałem na dopalaniu, kąt wznoszenia ustawiłem – zdawało mi się – bardzo wysoki. W pewnym momencie spojrzałem na prędkościomierz, a tam już było 1.1 Macha. Jedynkę przekroczyłem na wznoszeniu… (śmiech). Za to statkiem kosmicznym wracałem na ziemię z prędkością 35 Ma.

Dziś każdy może latać?

Myślę, że tak. Oczywiście, trzeba mieć ku temu pewne zdrowotne predyspozycje. Dlatego, zanim zada pan kolejne pytanie, typu: „Czy i ja mógłbym polecieć w kosmos?” – odpowiem: Tak, bo dziś warunki zdrowotne nie są aż tak wyśrubowane, jak w czasach pionierskich lotów. Wtedy nie wiedziano nawet… czego od człowieka wymagać. Na wszelki wypadek badano wszystko, przez długie miesiące. Wybrano nas kilkunastu, spośród 300 kandydatów. A potem, kto był słabszy w jakiejkolwiek dziedzinie – ten odpadał. Eliminacje trwały trzy miesiące, a przygotowania 1,5 roku. Dziś w kosmos latają ludzie w okularach, zażywający lekarstwa. To już normalne. W medycynie dokonał się ogromny postęp, lecz przede wszystkim – bardziej przyjazna człowiekowi jest technika. Lot promem kosmicznym to coś zupełnie innego, niż lot rakietą – ale to drugie jest ogromną satysfakcją.

Samochód to dla Pana narzędzie do przemieszczania się z punktu A do B, czy może coś więcej?

Gdy byłem w czynnej służbie – w czasach „zimnej wojny”, byliśmy w niesamowitym stopniu gotowości bojowej. Nie mogłem oddalać się od domu i lotniska. Musiałem być gotowy, by w 15 minut znaleźć się wraz z moją eskadrą w powietrzu. W ogóle nie jeździłem wtedy samochodem, woził mnie kierowca. Za kierownicą spędzałem za to urlopy nad morzem. Teraz jeżdżę bardzo dużo. W pierwszym roku, po tym jak kupiłem swój nowy samochód, pokonałem nim 35 000 km. Teraz mam taką potrzebę. Nareszcie jest czas, by zwiedzać Polskę – a ona jest przepiękna, gdziekolwiek pojadę. Niektórzy pytają, dlatego nie jeździsz gdzieś dalej? Ja odpowiadam: bo Polska jest taka piękna. Kupiłem sobie kampera, spędzamy w nim z żoną naprawdę cudowne chwile, zabieramy wnuki. Jeździmy w góry i nad morze. Wszędzie tam jest wspaniale.

Pańska najdłuższa, samochodowa podróż?

Z Warszawy do Symferopola. Na Krym jechaliśmy cztery dni, Polonezem z przyczepą kempingową N126. To była fantastyczna przygoda, niezwykłe przeżycia i zupełnie inne czasy… Spotkaliśmy się tam z ogromną serdecznością. Było pięknie, spędziliśmy miesiąc na samej plaży.

Postęp techniczny sprawił, że już niebawem na drogach powszechne staną się autonomiczne samochody…

No nieee… Nowoczesność w motoryzacji nie może być aż tak daleko posunięta. Trzeba zachować czynnik ludzki. To ja mam decydować czego chcę, nie jakiś automat. Gdy wprowadzano do naszych samolotów autopiloty, nie dowierzałem temu urządzeniu. Wolałem sam trzymać rękę na pulsie. Oczywiście, są dzisiaj tak nowoczesne, że samoloty mogą lądować bez widoczności. To już zupełnie inna bajka i nowe możliwości. Uważam jednak, że w samochodzie jest to zupełnie niepotrzebne. To trochę tak, jakby takie urządzenie zamontować na koniu, by móc odłożyć lejce, a koń… jechałby sam. Bez sensu. Kierownica jest w samochodzie po to, by chłop mógł się poczuć facetem.

Rozmawiał: Marek Wieliński

Zdjęcia z prywatnych zbiorów Mirosława Hermaszewskiego, użyczone dzięki uprzejmości oficjalnego portalu www.Hermaszewski.com.

Zapraszamy również na Facebook Mirosława Hermaszewskiego. 

Podobał Ci się wywiad z Mirosławem Hermaszewskim? Przeczytaj także o Polakach, którzy projektują auta najlepszych marek samochodowych? Poznajcie Parysa CybulskiegoBogusława Parucha!