Wywiad: Misia Furtak

7 sierpnia 2018, Jacek Górecki

Kulturaludzie

Misia Furtak to jedyna taka muzyczna osobowość na rodzimej scenie. Od lat eksperymentuje i szuka swojej drogi, na której mogłaby się zatrzymać. Z Wojtkiem Mazolewskim gra jazz, śpiewa Osiecką, tworzy kolaboracje z Baashem, Noonem czy ostatnio z Piotrem Kalińskim. Dla nas opowiada o swojej muzyce, projekcie Ffrancis i pierwszej, wyczekiwanej solowej płycie.

Jacek Górecki: Nawiązując do piosenki z najnowszej płyty, „spektakularnie” wchodzisz w kolejne projekty, zmieniasz style, wciąż nie pozwalasz się słuchaczowi zaszufladkować.

Misia Furtak: Nie robię tego „dla sportu”. Potrzebowałam czasu, żeby odpowiedzieć sobie na pytanie jak wyobrażam sobie swoją pracę. Nie jest tak, że zawsze potrzebuję być liderką. Chętnie stanę z tyłu, pogram z kimś na basie, wezmę udział w większej produkcji, w której nie ja za wszystko odpowiadam. Już kilka lat temu zauważyłam, że nie jestem samodzielna, że brakuje mi pewności siebie, która pozwoli mi się sprzeciwić, przewalczyć odważną koncepcję, którą chciałabym zrealizować. Musiałam poszukać, podoświadczać, sprawdzić się w różnych rolach. Jestem bardzo zadowolona z tych muzycznych przedsięwzięć, które zrealizowałam  w ostatnich trzech latach. Nie tylko nauczyłam się dużo o sobie, ale też moje myślenie o komponowaniu i wykonywaniu muzyki przeskoczyło na zupełnie nowy tor. Mam na myśli nie tylko płytę Ffrancis „Off the grid”, ale np. projekt NowOsiecka, gdzie na nowo napisałam muzykę do piosenki „Zabaw się w mój świat”.

Był też jazz!

Jest! Występuję z kwintetem Wojtka Mazolewskiego i to jest za każdym razem przyjemność, nauka i wyzwanie. Jazz nie jest tak poukładany jak rock-popowe formy. Jest dużo miejsca na improwizację, która zawsze była dla mnie wyzwaniem.

A czy to nie jest tak, że te twoje poszukiwania w muzyce wiążą się jeszcze z czasami szkoły, kiedy to mieszkałaś w Danii i tam uczyłaś się w miejscu, gdzie pozwalano wam szukać, grać na różnych instrumentach, śpiewać, wchodzić w różne style?

Na pewno ta szkoła mnie ukształtowała i poprowadziła do zajmowania się muzyką, ale tułaczka nie jest moim celem. Wypracowanie własnego muzycznego świata daje ulgę. Gościnne projekty to nauka i przyjemność, ale to, co daje mi poczucie bezpieczeństwa, to zdecydowanie osadzenie „u siebie”.

Co Cię pociąga w muzyce najbardziej?

Lubię grać koncerty, ale przekonałam się ostatnio, że bardzo pociąga mnie sam proces pisania. Kiedy zamykam się i poszukuję. Taka robota studyjno-kompozycyjna. Najchętniej na tym bym kończyła, bo później, kiedy trzeba to wyprowadzić ze studia, zagrać na żywo, przetłumaczyć na zespół, a sala nie brzmi i wszystko jest inaczej niż miało być, to duży stres. Wiem, że taka jest kolej rzeczy, ale czasem wolałabym, żeby płyta mogła funkcjonować jak nagrany film, albo sztuka teatralna, zawsze w tej samej formie, albo w tej samej przestrzeni. Bez potrzeby każdorazowego bycia, poprzez koncert, tym „dziełem”, które się napisało.

Nowa płyta, projekt Ffrancis z Piotrem Kalińskim, po latach czekania ukazał się w tym roku. Jak się z tym czujesz?

Cieszę się, że skończyliśmy tę płytę i jestem z niej zadowolona. Piotr jest szalenie zapracowanym muzykiem. Ja też pracowałam nad swoimi projektami, nad solową płytą, więc mijaliśmy się przez długi czas. Tym bardziej cieszę się, że udało nam się wypuścić coś, z czym oboje się identyfikujemy.

Płyta jest, choć niezwykle smutna. Taka na dzisiejsze czasy?

Nie było moim celem napisanie smutnej płyty, ale chciałam zrobić coś, co będzie nie tylko o mnie. Jest tu dużo obserwacji tego, co mnie otacza.

Czujesz się wolnym artystą?

Zależy o czym mówimy. Na płaszczyźnie artystycznej – tak. Nikt nie ingeruje w to, co mam robić, o czym śpiewać. Wyzwaniem jest połączenie wolności artystycznej i finansowej. Kto inny mógłby powiedzieć, że czuje się wolny, bo pracuje z wielkimi budżetami i zarabia furę pieniędzy. Za to robi rzeczy, do których inni zgłaszają listę uwag, a on musi brać je pod uwagę, bo klient płaci. To dwie strony medalu.

Wspomniałaś o tym, że szykujesz się do wydania solowej płyty, czemu od wydania epki minęło tyle czasu?

Przeszłam długą drogę. Rozstałam się z menagerem, z całym team’em ludzi, z którymi pracowałam nad epką. Wcześniej zespół, z którym zaczęłam i się identyfikowałam, Très.B, zawiesił działalność, a chłopaki się rozjechali. Stało się to w dobrym dla nas okresie, a ja chciałam dalej pracować. Zamiast odważnie spojrzeć w przyszłość, sięgnęłam do przeszłości. Potrzebowałam czasu, żeby zrozumieć, że nie muszę się opierać o innych i pytać o zdanie. Zawiodłam się też, więc potrzebowałam czasu, żeby odzyskać zaufanie do ludzi.

Ale przychodzi ten moment, kiedy pojawia się światło dla solowego albumu.

Podchodzę do tego ze spokojem. Nie czuję presji, pośpiechu. Wiem, dlaczego to robię i chcę, żeby to było zgodne ze mną. Nie znajduję sensu w robieniu tego inaczej.  Na płycie nie będzie bębnów, dużą rolę odgrywa pianino, jest kwartet smyczkowy, klarnet. Nie jestem na niej liryczna, nigdy taka nie byłam. Jestem za to minimalistyczna. Unikam chaosu, nadmiaru dźwięków. Zwyczajnie chcę zajmować się rzeczami, które są dla mnie ważne i wartościowe i o nich opowiadać.

Rozmawiał: Jacek Górecki

Przeczytaj nasze inne wywiady ze świetnymi polskimi artystami: Krzysztofem Zalewskim oraz ze Stanisławą Celińską.