Wywiad: Michał Matys i Piotr Lipiński, autorzy książki „Niepowtarzalny urok likwidacji”

19 grudnia 2018, Jacek Górecki

Kulturaludzie

Lata 90. to lata pełne sprzeczności. Z jednej strony rozkwit handlu, z drugiej olbrzymie bezrobocie. Białe skarpetki do garniturów, ortalionowe dresy i złote czasy disco polo i techno. To snobowanie się na Zachód z perspektywy czasu dziś wygląda nieco przekomicznie. Z okazji premiery książki „Niepowtarzalny urok likwidacji” wydanej przez Wydawnictwo Czarne rozmawiamy z jej autorami o tych szalonych latach, które ukształtowały nasze pokolenie.

Jacek Górecki: „Niepowtarzalny urok likwidacji” to książka o naszej skomplikowanej tożsamości, którą wielu chce wymazać, bo jest, mówiąc delikatnie, obciachowa. A przecież dzisiejsze pokolenie millenialsów, dzieciaków urodzonych w owej dekadzie, na latach 90. się ukształtowało, na tych białych skarpetkach noszonych przez tatusiów do garnituru. Dlaczego wielu nie chce pamiętać tamtych czasów?

Piotr Lipiński: Bo to był już obciach całkowicie zależny od nas. W PRL-u można było sobie tłumaczyć, że wszystko co kiczowate, zostało narzucone przez komunistyczne władze. A w latach 90. Polacy byli już wolni – i zakochali się w disco polo i w kostce Bauma. Wycieranie tego z pamięci wynika pewnie z zażenowania. Po prostu wstyd się dziś przyznać, że większość Polaków uważała za eleganckie te właściwie już przysłowiowe białe skarpetki do garnituru.

Ten okres to zderzenie się wszystkich dziwności PRL-u z amerykańskim snem, który wessał nas do czasów kapitalizmu. Ale nie smakowało to przecież dla wszystkich jednakowo, bowiem to okres złotych czasów dla handlarzy, ale i bezrobocia.

Michał Matys: PRL był dziwny, ale to przede wszystkim okres, w którym Polacy stracili wszelką nadzieję na lepszą przyszłość. Po upadku PRL-u wszyscy mieliśmy ogromne oczekiwania, których szybkie spełnienie było niemożliwe. Nic dziwnego, że przyszło rozczarowanie. Byliśmy biedni i potwornie naiwni. Bazary stały się tym, czym dziś supermarkety, a posiadanie odkurzacza Rainbow zaczęło wyznaczać pozycję społeczną – super drogi odkurzacz był symbolem zachodniego stylu życia i luksusu. I choć nikt do tego nie przyzna się, w naszej mentalności coś z tego pozostało.

O czym niemożliwym wówczas marzyliście, jako młodzi ludzie w PRL-u?

Michał Matys: W PRL-u nie miałem marzeń. Jako młody człowiek zastanawiałem się, co mam robić w życiu i doszedłem do wniosku, że to nie ma znaczenia, bo i tak do niczego nie dojdę. Myślałem o wyjeździe na Zachód, ale to też wydawało się niemożliwe. Na każdy wyjazd trzeba było mieć zgodę. Urzędnik decydował, kto może dostać paszport, a kto nie. Miałem więc pomysł na tzw. „emigrację wewnętrzną” – postanowiłem zostać archeologiem i zająć się swoim hobby. Oznaczało to klepanie biedy, bo wtedy nie dało się połączyć kariery naukowej i dobrych zarobków.

 Udało się to spełnić w latach 90.?

Jako archeolog nie dorobiłem się. W tym zawodzie pracowałem zaledwie kilka miesięcy. Mieszkałem wtedy w Łodzi. W lokalnym dodatku „Gazety Wyborczej” znalazłem ogłoszenie, że szefowie tej redakcji szukają młodych ludzi, którzy chcą zostać dziennikarzami. Zainteresowali się, że skończyłem archeologię. Stwierdzili pół żartem, pół serio, że archeolog przyda się do opisywania łódzkiego przemysłu włókienniczego, w którym zdarzały się maszyny nawet z XIX wieku. W ten sposób chyba udało mi się spełnić marzenia…

Czy owa dekada pokazała, że jesteśmy, a może tylko byliśmy nieco naiwnym narodem?

Michał Matys: To była dekada „wielkiej zmiany”. Każde społeczeństwo wystawione na taką próbę wykazałoby się naiwnością. Wraz z PRL-em runęło wszystko, co nas otaczało. Tytuł naszej książki: „Niepowtarzalny urok likwidacji” nawiązuje do tego, co likwidowaliśmy jako niepotrzebną pozostałość po minionej epoce.

Na pierwszy ogień poszły nierentowne, państwowe zakłady. Mottem PRL-u było obiegowe powiedzenie „czy się stoi, czy się leży dwa tysiące się należy”. Oznaczało to, że każdy ma pracę, ale tak naprawdę, to taka praca na niby – każdy ma niewielkie wynagrodzenie, ale nie musi pracować, wystarczy, że udaje. W latach 90. to gwałtownie się zmieniło. Ludzie zaczęli masowo lądować na bruku. Byli zdezorientowani, nie rozumieli, co się dzieje. W takiej sytuacji łatwo uwierzyć komuś, kto oferuje cudowne recepty na bogactwo i pozbycie się wszystkich problemów.

Pytam o to także poprzez żartobliwy rozdział w waszej książce o wierzeniu w kosmos, a ściślej kosmitów. Czy tylko dlatego sięgnęliśmy dalej, poza ziemię, że po latach komunizmu i cenzury musieliśmy w coś wierzyć, a to co działo się w kapitalistycznej Polsce nas przerastało?

To rezultat zagubienia. Kosmici pojawiają się w wyobrażeniach Polaków po to, żeby uporządkować im życie.

W książce opisujecie chociażby Pana Adama Kostrzewę, mieszkańca Irlandii, który na ziemię przybył trzydzieści sześć lat temu…

Piotr Lipiński: Pojawia się też leśnik, któremu kosmici objawili się tuż przed stanem wojennym. Albo właśnie Adam Kostrzewa, który podejrzewał, że wraz z poprzednimi wcieleniami liczy kilka tysięcy lat. Kosmici pojawili się w jego życiu, gdy na emigracji zarobkowej wiodło się mu coraz gorzej. Ludzi, którzy rzekomo spotkali kosmitów, poznałem na zjeździe we Wrocławiu w początkach lat dziewięćdziesiątych. Każdemu z nich kosmita objawiał się w specyficznym momencie życia – po stracie pracy, po rozwodzie, po eksmisji. Kosmita okazywał się lekiem na lęki, które pojawiły się w Polsce po przełomie 1989 roku.

A jak jest z tą waszą wiarą w kosmos wtedy i teraz?

Piotr Lipiński: My opisujemy cudzą wiarę, nie opowiadamy o tym, w co sami wierzymy. Reporterzy są od opisywania a nie zmieniania świata. Ze swoją wiarą nie powinni się obnosić.

Ta wiara w coś nieosiągalnego, w raj, zarówno w kosmosie jak i Ameryce jest poniekąd nam potrzebna, to nas umacnia. W co dziś się wierzy?

Piotr Lipiński: Na przykład w to, że Ziemia jest płaska. Albo że można się wyleczyć homeopatią. Albo że głodówki uzdrawiały więźniów obozów koncentracyjnych. Albo że kapitalizm i demokracja to ratunek dla całego świata.

Zachodnie reklamy, podpaski w telewizji, akwizycja, teleturnieje, wróżki, odkurzacze Rainbow… jak byście mieli opisać kadr z waszego życia z lat 90. to jakby on wyglądał?

Michał Matys:  Praca w redakcji „Gazety Wyborczej” po 12, a czasem 24 godziny na dobę, a potem nerwowe szukanie samochodu na ulicy przed redakcją i ta niepewność: ukradli, czy nie. W latach 90. panowała plaga kradzieży aut (w książce także znalazł się o tym reportaż), wśród moich znajomych nie znam nikogo, kto by go nie stracił. Sam wspominam czerwonego fiata 126p, mój pierwszy samochód, który zniknął z parkingu w centrum Łodzi.

I na koniec chciałem zapytać dla kogo powstała ta książka? Czy dla rodziców, starszych, którzy ślepo zapatrzeni w kapitalizm poniekąd zapomnieli przekazać wielu istotnych rzeczy młodszym? Czy dla dzieciaków owej dekady, które dziś rozleniwione uciekają przed dorosłością?

Michał Matys: To książka dla wszystkich. Składa się z pozornie lekkich, a czasem zabawnych historii, które opisywaliśmy jako reporterzy w latach 90. Złożone w całość dają obraz tamtej Polski – są jak reporterska fotografia kraju, w którym zachodzi „wielka zmiana”.

Dla jednych ta książka będzie sentymentalną podróżą w lata młodości, dla innych – przyczynkiem do zrozumienia, co tak naprawdę nam się przydarzyło. W dodatku każda z opisanych przez nas historii ma swoje drugie dno, które po latach staje się zaskakująco aktualne.