Wywiad: Beata Chomątowska (autorka książki “Betonia”)

10 lipca 2018, Jacek Górecki

Kulturaludzie

Mieszkanie z wielkiej betonowej płyty nie musi kojarzyć się z czymś strasznym. To w blokowiskach zapisana jest nasza tożsamość. Jak mówi Beata Chomątowska, bloki są tak wpisane w polski krajobraz, że nawet ich na co dzień nie zauważamy. Są oczywistością. Z pisarką i dziennikarką, autorką wydanej właśnie przez Wydawnictwo Czarne książki „Betonia” rozmawiamy o tym naszym betonowym symbolu.

Jacek Górecki: Co Panią pociąga w betonie?

Beata Chomątowska: Materiał jak każdy inny. Nawet odpychający, bo odbiera się go jako zimny – przez strukturę i kolor. Odpowiednio zaaranżowany może wyglądać estetycznie, ale nie mam do niego szczególnych skłonności.

Pytam dlatego, że Pani nowa książka, „Betonia” jest poniekąd obaleniem mitu, że w tych domach z betonu nie ma wolnej miłości, żyje się gorzej czy smutniej.

Na pewno nie jest prezentacją świata na sposób ekstremalny, czarno-biały. Jednoznacznego wyrokowania. Domy z betonu nie są ani dobre, ani złe. Nie mieszkają w nich sami szarzy, smutni ludzie bez perspektyw – tylko przynajmniej połowa Polaków, a więc rozmaite osoby, od profesorów po sprzątaczki, od przykładnych rodzin z dziećmi po kryminalistów. Doświadczenia życia w bloku nie da się uśrednić. Ono zależy nie tylko od tego, jaki blok, w jakim mieście, kraju, na jakim osiedlu, a nawet ilu piętrowy, lecz również od wcześniejszej historii mieszkańców, ich wyobrażeń, fantazji, uprzedzeń. To właśnie próbuję pokazać.

W domach z betonu wolna miłość czasem kwitła, czasem nie. Blok mógł jawić się jako szczęśliwa kraina dzieciństwa czy pierwsze wymarzone własne lokum. Ale bywało, że szare, betonowe otoczenie, przymusowa obecność sąsiadów nad głową i pod stopami, jednakowe, ciasne klatki do mieszkania, prowokowały w ludziach frustrację. Te odczucia też zmieniały się wraz z upływem czasu. Wielu lokatorów, którzy z biciem serca czekali na decyzję o przydziale M-3 albo M-4 dwie dekady później oddałoby wszystko, by stamtąd uciec. Tak naprawdę wszystko tkwi w głowie.

Nadając nazwę „betonia” odczarowuje Pani wszystkie te miejsca i to nie tylko w Polsce, ale na świecie, szczególnie w Berlinie?

„Betonia”, słowo zaczerpnięte ze slangowego niemieckiego, brzmi trochę jak nazwa mitycznej krainy. Jest określeniem, w którym zawiera się cały smutek i piękno utopii. W każde marzenie o ideale, które towarzyszyło inżynierom, architektom i politykom pragnącym stworzyć szybki, tani i masowy sposób produkcji domów dla każdego, wpisane jest niespełnienie. Dotyczy to zarówno Polski, jak i Londynu, Berlina czy innych europejskich miast, gdzie próbowano ten ideał realizować. A skoro o Berlinie mowa, to podręcznikowym przykładem może być Gropiusstadt, zaplanowane jako idylliczne osiedle-ogród, które wskutek splotu polityczno-społecznych czynników wyrodziło się i spotężniało, niezależnie od pierwotnych zamierzeń jego twórcy i późniejszego patrona.

Z drugiej strony pamiętam taki artykuł sprzed wielu lat, kiedy to w Warszawie było o kilkadziesiąt więcej zamkniętych blokowisk niż w Berlinie. Jesteśmy bardziej nieufni, zamknięci na ludzi?

To byłaby generalizacja, wolałabym nie stawiać ostrych tez, nie dysponując badawczą podbudową. Zostawmy diagnozy socjologom, dopóki nie mamy odpowiednich danych. A ja nimi nie dysponuję, mogę polegać jedynie na obserwacjach i snuć na ich podstawie przypuszczenia. To, co rzuca się w oczy w polskich miastach, to rzeczywiście nadreprezentacja krat w oknach i szlabanów, a czasem murowanych płotów. I co ciekawe, nie tylko w skupiskach tak zwanych apartamentowców, ale również na starszych osiedlach. W Niemczech ludzie oddzielają się od otoczenia zwykle w sposób mniej demonstracyjny, na przykład szpalerem żywopłotu czy wysokich drzew. Co to o nas mówi? Być może ci, którzy się grodzą, obawiają się bardziej złodziei, pragną się skutecznie zabezpieczyć albo potrzebują zaznaczyć swoje terytorium.

To drugie wytłumaczenie miałoby związek z odreagowywaniem przymusowego skoszarowania w blokach, na które narzekali Polacy w latach 90. Blok to była szarość, uniformizacja, łaknęli indywidualizmu. Stąd też zapewne ówczesne wnętrzarskie mody na feerie barw i egzotykę we wnętrzach. Lecz wszystko się zmienia. Nowi mieszczanie, aktywni, włączający się w urządzanie najbliższego otoczenia są przeciwni stawianiu barier, wchodzą w interakcje z sąsiadami. Takie podejście przejmują też miejskie władze.

Pamiętam jeszcze w latach 90. osiedle, na którym się wychowałem, to było takie ostatnie tchnienie jakiegokolwiek życia społecznego. W Pani książce jest taka piękna opowieść o zazdrości tych, którzy nie mieszkali na krakowskim osiedlu Azorów i nie mieli balkonów na rowery albo okien w kuchni jak na osiedlu XXX-lecia PRL (dzisiejsza Krowodrza Górka). Z drugiej strony, na takim osiedlu nie było segregacji, tego poczucia, że się jest gorszym. W takich osiedlach przecież, jak mówi Pani bohater, który mieszkał w mikroskopijnym wnętrzu z bratem, rodzicami i psem, wszystkie mieszkania były niemal identyczne.

Owszem, nie było, ale nie wskutek specyfiki tej formy mieszkalnictwa, jaką jest blokowe osiedle, lecz z powodu uwarunkowań minionego ustroju. W Europie Zachodniej osiedla były z reguły wielkimi projektami budownictwa społecznego, więc trafiali do nich gorzej sytuowani lokatorzy. Gdy zaczynało brakować środków na ich należyte utrzymanie, remonty, bezpieczeństwo, mieszkańcy, którzy mogli sobie na to pozwolić, uciekali stamtąd. Zostawali ci bez możliwości wyboru, zwykle migranci. W Europie Środkowo-Wschodniej w blokach mieszkali niemal wszyscy, była duża różnorodność społeczna. Ale też nie z wyboru, lecz z konieczności, bo przydziały na nowe mieszkania dostawało się tylko w blokach. Z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Najgorzej trafili ci, którym moment odbioru kluczy do własnego lokum przypadł w erze gomułkowskich oszczędności. Tyle, że wtedy się nie wybrzydzało. Identyczność lokali, wynikająca z mikrych normatywów, a od lat 70. – również ujednolicenia technologii wielkopłytowych – nie miała z początku znaczenia. Głód mieszkań był tak ogromny, że trudno się dziwić ludziom cieszącym się nawet z mieszkania ze ślepą kuchnią, jeśli alternatywą było tłoczenie się pod jednym dachem z rodzicami, nierzadko również z dorosłym rodzeństwem, a czasem i dokwaterowanym przymusowo obcym lokatorem. Oraz chodzenie za potrzebą do wspólnej toalety na piętrze nieremontowanej od lat kamienicy.

A było coś czego Pani zazdrościła dzieciakom z innych osiedli, a może domów?

W tamtych czasach – nie, najwyżej widoku na najwyższych piętrach, bo z dziesiątego przy dobrej pogodzie było widać Tatry. Wtedy przez pewien czas miałam też okres fantazjowania o pewnym zrujnowanym domu na sąsiednim osiedlu Prądnik Biały, gdzie zachowało się nieco więcej zabudowy jednorodzinnej, jeszcze sprzed wojny. Rodzice wybierali się tam czasem na spacery, popatrzeć, czy przypadkiem ktoś nie wystawia tanio domu na sprzedaż, choć zapewne wtedy jeszcze i tak nie byłoby ich stać na podobną inwestycję.

Tamten dom, bardziej willa z tajemniczym, dużym ogrodem, która tak przypadła mi do gustu i o której wspominam zresztą w książce, mimo zaniedbania była dość okazała architektonicznie i pobudzała wyobraźnię do rozmyślań o tym, jak kiedyś mogło się w niej żyć. Przez jakiś czas stała się moją obsesją. Zazdrościłam mieszkającym w niej lokatorom socjalnym. Już nie istnieje, zburzono ją i odtworzono z zupełnie nowych materiałów, wkomponowując w powstałe w latach 90. miniosiedle „apartamentowców”. Później, już jako licealistka, spędzałam większość czasu w centrum Krakowa i najchętniej przeniosłabym się do którejś z zapuszczonych kamienic na Kazimierzu.

Dzisiaj, mimo 20 lat w betonowej płycie, nie mieszka Pani już w bloku. Za czym się tęskni? Czymś, co do dziś jest nie do powtórzenia?

Mieszkanie w bloku nie było moim wyborem. Jak wszyscy moi rówieśnicy z sąsiedztwa byłam raczej na nie skazana. Na pewno nie tęsknię za tym konkretnym blokiem, ale to dlatego, że nie chciałabym spędzić większości życia w tych samych dekoracjach. Lubię zmieniać otoczenie. Przeszkadzałoby mi również niskie wnętrze, więc w tamtym dawnym mieszkaniu, w ścianach o wysokości 2,50 metra, z kuchnią przypominającą wagon w tramwaju czułabym się dziś klaustrofobicznie. Lecz blok blokowi nierówny. Po przeprowadzce do Warszawy mieszkałam dwukrotnie w socrealistycznym bloku z lat 50., z własnego wyboru, i świetnie się tam czułam. Dlatego, że mieszkania były wyższe, sufit trzy metry nad głową, jak w modernistycznej kamienicy.

To, co nie jest do powtórzenia i co było dla mnie ważne, jako wieloletniej jedynaczki, to fenomen dziecięcej gromady, wielkiej bandy dorastającej razem na podwórku. Nauka społecznego przystosowania, którą wspominam z sentymentem i cieszę się, że miałam takie doświadczenie. Wiele współczesnych dzieci nie ma szans w nim uczestniczyć, bo nawet te z bloku od najmłodszych lat siedzą w mieszkaniach przyklejone do smartfonów i komputerów, a nadopiekuńczy rodzice nie pozwoliliby im biegać samopas po osiedlu. Świadomość, że ludzie są różnorodni i że dobrze jest być otoczonym innymi – to najważniejsze wartości, w jakie wyposażyło mnie dorastanie w bloku w czasach schyłkowego PRL-u. Na szczęście podobną atmosferę można znaleźć i wytworzyć sobie nie tylko na osiedlu z wielkiej płyty, ale i w kamienicy w warszawskim Śródmieściu.

A zna Pani swoich sąsiadów?

Znam. I to większość z nazwiska. Z niektórymi łączy mnie bliższa zażyłość, z innymi zamieniamy parę słów na klatce. Tak było też w poprzednich miejscach, w których mieszkałam, ale tutaj jestem na razie najdłużej – od ośmiu lat. Zapoznawanie się następowało stopniowo, nie należę do osób, które pieką ciasto i idą przedstawić się sąsiadom jako nowa lokatorka, licząc na zaprzyjaźnienie się. Lubię jednak mieć świadomość, kto mieszka za ścianą, nie chciałabym żyć w anonimowym otoczeniu. Poza tym – choć określiłabym się jako introwertyczka ceniąca sobie prywatność – jestem zawsze ogromnie ciekawa ludzi dookoła.

W najnowszej książce „Betonia” idzie Pani znacznie dalej, nie tylko przyglądając się architekturze, ale ludziom w nim mieszkającym. Takie szukanie tożsamości w blokowiskach. Nasza tożsamość jest w nich zapisana?

Bez wątpienia. Jakże mogłoby być inaczej, skoro bloki są tak wpisane w polski krajobraz, że nawet ich na co dzień nie zauważamy. Są oczywistością. Pytaniem otwartym jest natomiast, w jaki sposób odkształcają się w podświadomości swoich użytkowników? Na ile i czy w ogóle wpływają na ich wybory estetyczne, neurozy, sposób myślenia o świecie? To też może być kwestia bardzo indywidualna. Nie lubię tylko słowa „blokowisko”, bo nie wszystkie osiedla są blokowiskami, czyli bezładnymi, masywnymi tworami bez żadnej myśli urbanistycznej. Jest nadużywane, pobrzmiewa w nich pogarda do mieszkańców osiedli. Wolę go stosować w zgodzie z pierwotnym znaczeniem, w odniesieniu do nieudanych realizacji z ery schyłkowego Gierka – i niektórych późniejszych osiedli deweloperskich.

Na koniec, już z racji pory roku, gdyby miała Pani wybrać wakacje na jednym z ulubionych osiedli, jakie byłoby to osiedle i dlaczego?

Londyński Barbican, obcy z kosmosu, który wylądował w samym środku miasta i doskonale się w nim zadomowił. Ze względu na skalę, lokalizację, symboliczne znaczenie. To kuszące – pomieszkać przez chwilę we współczesnej architektonicznej legendzie.

Rozmawiał: Jacek Górecki

Mądrego to i miło posłuchać, zgadzasz się? Przeczytaj w takim razie koniecznie nasz niedawny wywiad ze Stanisławą Celińską.