Wywiad: Urszula Dudziak

24 września 2018, Jacek Górecki

Kulturaludzie

Urszula Dudziak – nasza narodowa optymistka, kobieta energia i jedyny taki głos na świecie. Nagrała ponad 50 albumów, śpiewała z Bobby’m McFerrinem, Herbie’m Hancockiem, Niną Simone czy Stingiem. Przez Los Angeles Time, uznana za jazzową piosenkarkę roku. A to wciąż tylko krótka lista jej wybitnych osiągnięć. O tym, jaka ona jest możemy przekonać się w nowej książce „Wyśpiewam wam więcej”, którą będzie promować trasą koncertową. Nam również zdradza sekret swojej doskonałej formy i fascynacji z bycia youtuberką w wieku 75 lat!

Jacek Górecki: Jaką muzykę dziś wyśpiewuje życie Urszuli Dudziak?

Urszula Dudziak: Taką, która się nigdzie nie spieszy. Dzień zaczęłam od jogi i to była pierwsza muzyka, która mnie powitała. A muszę pamiętać o dbaniu o kondycję, bo później przychodzi taki moment jak teraz, że przez intensywną grę w tenisa nabawiłam się kontuzji. Także joga i RMF Classic, radio, które wita mnie duetami, najpierw Ella Fitzgerald i Louis Amstrong, a potem najnowsza płyta Tony’ego Bennetta i Diany Krall. Nie można mieć lepiej!

Czyli podśpiewuje Pani sobie od rana?

Myślę o tym, żeby znormalnieć trochę, pośpiewać coś z tekstem, ale tak dla publiczności, a nie z gitarą w domowym zaciszu. Grzesiu Turnau kiedyś się mnie zapytał, dlaczego ja nie śpiewam normalnie? To chyba jest ten czas. Ten czas, by wrócić do początku, kiedy to już jako młoda dziewczyna sama akompaniowałam sobie i śpiewałam nie tylko klasyki jazzowe, ale pieśni ludowe, harcerskie. Zachwycałam się Marią Koterbską, Ludmiłą Jakubczak, Wandą Warską… To były moje wzorce, które najpierw spowodowały, że wylądowałam na przesłuchaniu u Krzysztofa Komedy, a później już z Michałem Urbaniakiem ruszyłam w świat ten dziwacznego elektronicznego jazzu. (śmiech)

Może po prostu śpiewanie ładnych melodii jak „Nie jest źle” z tekstem Agnieszki Osieckiej, było za małym wyzwaniem?

Wręcz przeciwnie. Ja jestem takim dziwadłem co potrafi fikać koziołki na linie, a potykam się na chodniku bez przeszkód. Ale piszę swoje teksty, bo jestem też poetką i zamierzam je nagrać i zaśpiewać. To niesamowite, że są takie momenty w życiu, które decydują o naszym losie często do końca życia. Tak jak to moje śpiewanie i fascynacja elektroniką.

Wszystko jeszcze przed Panią!

Mam 75 lat, ale to tylko wtedy kiedy jestem poważna. A tak na co dzień mam 48 lat i czuje się ze sobą świetnie. I nie lubię jak ktoś zwala wszystko na geny, to bzdura! Żadne geny nie pomogą nam czuć i wyglądać młodo, jak tylko odpowiednie podejście do życia. Teraz to ja się tylko bawię. Doszłam do tego momentu w życiu, że właściwie wszystko mi teraz wolno. Mam swój najlepszy czas w życiu, taki, który pozwala mi na zabranie tej mojej gitary i śpiewanie w domu „Jaki śmieszny” Ewy Demarczyk.

Mówi się Urszula Dudziak – naczelna optymistka kraju.

Dlatego jestem tutaj, a nie w Ameryce, bo wiem, że ludzie mnie tutaj potrzebują. Ja ich tym pozytywnym podejście do życia zarażam na spotkaniach i koncertach. A takie spotkania często trwają dłużej niż sam koncert. Przeciąga się to wszystko do kilku godzin, ale wiem, że ci ludzie, te kobiety szczególnie mnie potrzebują. Śmieję się nawet, że moje książki sprzedają się lepiej niż płyty.

Ten optymizm to efekt życia, które Panią ukształtowało? W Polsce szare miraże, czasy stalinizmu, Pani zaś w centrum Nowego Jorku lat 70.

Na pewno po części wyniosłam to z domu, bo mój tata był kawalarz, który lubił zabawiać gości. Z drugiej strony od dziecka walczyłam z potwornymi kompleksami, uważałam się za brzydką i niezdolną, co dziś wydaje mi się to absurdalne (śmiech). Ale wiem jak ważne jest pozytywne myślenie. Takie, które poniekąd wyszlifowałam w Ameryce. Tam zawsze na pytanie jak się czujesz odpowiada się „dobrze”.

Teraz tę lekcję przekazuje Pani na tych wspomnianych koncertach, na których podobno bije Pani rekordy w opowiadaniu anegdot?

Jedna z dziennikarek podczas wywiadu zdradziła mi, że jak była ostatnio na moim koncercie to nie mogła się doczekać, kiedy przestanę śpiewać, a zacznę opowiadać. Może coś w tym jest! Na szczęście moi muzycy są dla mnie szalenie wyrozumiali. Nawet doszło do tego, że na jednym z koncertów po pierwszej piosence zaczęłam coś opowiadać, ale tak się rozgadałam, że kiedy się odwróciłam za siebie muzyków już nie było. Okazało się, że minęło pięćdziesiąt minut, a oni poszli za kulisy… Musiałam ich wołać, żeby dalej zagrać koncert (śmiech).

Pani życie to jest jazz, jedna wielka improwizacja!

Dokładnie! Panie Jacku, to jest niesamowite, że przed wyjściem na scenę ja mam kompletną pustkę. Pamiętam dosłownie kilka utworów, a reszta pustka… Nie wiem co powiem, jak zacznę. I nagle wchodzę scenę i wszystko się obraca, a ja zaczynam, tak jak w całym swoim życiu, improwizować. Tak jak na jednym z koncertów, kiedy zaczęłam opowiadać o mojej porannej wizycie w sklepie z AGD, gdzie chciałam kupić odkurzacz. Tylko, że ten zakup powstrzymał sprzedawca, który mi zakazał kupna jakiegokolwiek z kilkudziesięciu modeli. Wszystkie i tak się po czasie zepsują, to się nie opłaca. Najlepsza jest miotła i szufelka! (śmiech) I jak się tym później z publicznością nie dzielić!

To takie koncerty połączone z coachingiem mówiącym o odpowiednim podejściu do życia?

Bardzo ważne jest dla mnie mówienie tym wszystkim kobietom: cholera, patrzcie na mnie! Możecie się czuć tak jak ja, albo i lepiej! Tylko zmienicie swoje nastawienie! Wpuście w to życie kolory! Mamy tylko jedno życie i drugi raz już nas nie zaproszą. Optymizmu można się nauczyć tak samo jak obcego języka, wystarczy, że zainstalujemy nie w telefonie, a swojej głowie aplikację, która będzie nas popychać do przodu. Szczególnie teraz w Polsce potrzeba nam nauczyć się wiary w lepsze jutro i motywacji, żeby zmieniać to co nas spycha w dół. Potrzeba nam siły, bo my wciąż jesteś skatowanym i zharatanym narodem, który przeszedł wiele traum i wciąż mamy pod górę, ale takie optymistyczne nastawienie, jakie ja mam, przynajmniej pomaga nawet w najgorszym momencie naszego życia.

Dlatego kolejna książka, kanał na youtubie i docieranie do młodego pokolenia?

Powiedziałam kiedyś do mojej managerki, żeby nagrała mój koncert i wydamy te moje gadanie na dvd. Ona miała lepszy pomysł, kanał na youtubie. Ale to jest obopólna wymiana, ponieważ mnie to też nakręca pozytywnie na życie. Ja w ogóle uważam, że moja pierwsza książka to najlepsza płyta jaką nagrałam. I właśnie moje koncerty skupiają się teraz na niej. Na jednym z koncertów na przykład kazałam powtarzać kilka razy całej publiczności zdanie, które gdzieś przeczytałam, a bardzo mnie uwiodło: “Wolę być szczęśliwa, niż mieć rację”. Uwielbiam z nimi w ten sposób rozmawiać, to moja nauka dialogu, tego, żebyśmy nie zapominali rozmawiać i się słuchać.

Ale nie przeszkadza Pani to, że cała ta lista ogromnych osiągnięć, o których wielu muzyków może tylko pomarzyć, spektakularna kariera i muzyczne spotkania z największymi dla tych młodych nie istnieje, bo przecież znają Ulę z tych opowieści na youtubie?

Teraz zdałam sobie sprawę jaka jest moja największa wada. O sobie, swoich doświadczeniach mogę rozmawiać godzinami, ale jeśli mam pochwalić się sukcesami zawodowymi to już jest niestety gorzej. Może czas to zmienić?

Przywołując na koniec Pani porównanie sprzed lat, dziś wciąż czuje się Pani jak Shirley Temple?

Dziś już jestem inną kobietą. Jestem jak Rita Hayworth, która przekraczała w kinie wszelkie granice. Dla mnie nie ma chociażby granic wieku (śmiech).

Rozmawiał: Jacek Górecki