Przepisy, które zmienią internet. Czyli o co chodzi w „Acta 2”

10 października 2018, Andrzej Pająk

Technologia

W połowie września w mediach znów zrobiło się głośno w sprawie unijnej dyrektywy o prawach autorskich. Przeciwnicy nowego prawa mówią, że przegłosowanie projektu w Parlamencie Europejskim zapowiada koniec wolnego internetu. Zwolennicy cieszą się, że autorzy w końcu będą godziwie wynagradzani. Sprawdzamy w czym rzecz.

12 września Parlament Europejski przegłosował tekst dyrektywy, którą jej przeciwnicy nazwali „Acta 2”. Wszystko dlatego, że unijny dokument dotyczący ochrony praw autorskich ma wprowadzić bardzo kontrowersyjne i szkodliwe ich zdaniem przepisy dla każdego z użytkowników internetu. Z drugiej strony autorzy, muzycy z niecierpliwością oczekują zakończenia procesu reformy prawa autorskiego, który w Unii Europejskiej trwa już od 2016 roku.  Wprowadzenie jej w życie ma sprawić, że przestaną być okradani i zaczną godziwie zarabiać na swoich utworach umieszczonych w sieci.

Kontrowersyjne artykuły

Największe emocje wzbudzają przede wszystkim dwa artykuły. Art. 11 według przeciwników wprowadzi w życie „podatek od linków”, a art. 13 ocenzuruje internet.

W pierwszym przypadku chodzi o to, że dziś takie serwisy, jak Google News czy Wykop, żyją z publikowania snipetów – niewielkich fragmentów tekstu opatrzonych zdjęciem.  Robią to nie ponosząc żadnych opłat, co od dawna nie podoba się wydawcom, do których publikacji prowadzą takie zajawki.

Art. 11 dyrektywy ma zmienić ten stan rzeczy i zmusić agregatory treści do uzyskania licencji na tego rodzaju publikacje od każdego z wydawców. Licencja może oczywiście być darmowa, ale tutaj chodzi o pieniądze. Według zapisów nie tylko giganci tacy jak Facebook, Google będą musieli dogadać się z europejskim rynkiem prasy i otrzymać od wydawców licencję. Zyskać mają na tym jednak nie tylko Ci ostatni, ale też współpracujący z nimi autorzy. W jaki sposób? Dyrektywa zakłada, że państwa członkowskie dopilnują, żeby autorzy otrzymywali część dodatkowych przychodów uzyskiwanych przez wydawców prasowych.  Na tym nie koniec bo licencję będą musiały uzyskać również wyszukiwarki obrazów, a ich autorzy wynagrodzenie.

Ten artykuł mówi też, że nowe prawo nie uniemożliwia prywatnego i niekomercyjnego korzystania z publikacji prasowych przez użytkowników indywidualnych. Jeśli jakaś komercyjna strona będzie chciała umieścić link do artkułu to również nie musi od razu podpisywać umowy licencyjnej. Linki nie będą „opodatkowane” dopóki będzie im towarzyszyły tylko pojedyncze słowa.

Cenzura internetu?

Art. 13 powstał z myślą o ukróceniu udostępniania pirackich materiałów w serwisach takich jak Chomikuj.pl czy CDA.pl. W myśl dyrektywy „dostawcy usług udostępniania treści online dokonują czynności publicznego udostępniania. Zawierają oni zatem uczciwe i właściwe umowy licencyjne z podmiotami praw.”  Oznacza to, że jeśli w serwisie miałby się znaleźć, np. jakiś film, to taki serwis powinien mieć na to licencję.

A co jeśli nie będzie mógł tego robić, bo przykładowo liczba zgromadzonych na jego serwerach plików idzie w miliony? W takim przypadku to państwa członkowskie, czyli też Polska, mają ustanowić własne przepisy, które uregulują zasady współpracy pomiędzy takimi serwisami a właścicielami praw autorskich, dzięki którym nielicencjonowane treści znikną z ich zasobów.

W praktyce może to oznaczać, że na każdej platformie, która publicznie udostępnia treści wrzucane przez jej użytkowników, będzie musiało działać filtrowanie treści. Mechanizmy wyławiające nielegalne treści takie jak choćby prywatne filmy z wakacji, których ścieżką dźwiękową jest komercyjny utwór, działają od lat np. na YouTube’ie. Problem w tym, że takie algorytmy nie zawsze są nieomylne. Zdarza się, że blokują treści, które nie powinny zostać zablokowane. Jeśli takie pomyłki będą zdarzać się na większą skalę to będzie to niezamierzona, ale jednak mająca miejsce cenzura internetu.

I jeszcze jedno. Skoro skanowanie treści nie działa perfekcyjnie na serwerach Google’a, który zainwestował duże środki na jego stworzenie to jaką inteligencją wykażą się prostsze (i tańsze) mechanizmy filtrujące?

Krajobraz po głosowaniu

W teorii indywidualni użytkownicy internetu, a nawet małe firmy (jakie to sama dyrektywa nie precyzuje) nie muszą się niczego obawiać. W końcu nie ma podatków od linków, ze snipetów mogą korzystać osoby prywatne, szkoły itd. W praktyce internet może już jednak nie być taki sam.

To, że zostanie ukrócone piractwo to dobrze. Pojawienie się przy okazji możliwości renegocjowania umów przez artystów z serwisami streamingowymi takimi jak Spotify również powinno mieć miejsce. Za to wcale nie jest jasne czy nadal będzie można wrzucić link do artykułu prasowego na swoim prywatnym wall’u na Facebooku, który przecież zarabia na wyświetlanych obok reklamach.

Nie wspomniałem jeszcze o tym, że dyrektywa przyznaje prawa autorskie do wydarzeń sportowych (np. meczu piłki nożnej) ich organizatorom. Jeżeli ten zapis byłby traktowany bardzo restrykcyjnie to trzeba spodziewać się, że zostanie zabronione np. prowadzenie transmisji na żywo takich imprez czy publikowanie selfie ze sportowcami w tle. Już teraz nie wolno nagrywać filmów wyświetlanych w kinie czy rejestrować koncertów muzycznych.

Na razie to tylko kolejny projekt, którego ostateczne brzmienie ustali Parlament Europejski wraz z Radą Europy i Komisją Europejską. Zanim dyrektywa wejdzie w życie musi zostać jeszcze raz przegłosowana w PE, co powinno nastąpić do wiosny 2019 roku. O tym jak w rzeczywistości będą egzekwowane zapisane w niej postanowienia zadecyduje już polski rząd i parlamentarzyści.

Zostawiając na chwilę z boku to, co o dyrektywie myślą jej zwolennicy i przeciwnicy, trzeba przypomnieć czym skończyły się wcześniejsze próby pobierania opłat przez europejskich wydawców od Google’a. W 2013 roku w Niemczech Axel-Springer po zaobserwowaniu zmniejszenia wejść na swoją stronę przyznał mu darmową licencję. Za to w 2014 roku na skutek takich działań Google News przestało działać w Hiszpanii i stracili na tym zarówno internauci, jak i wydawcy.